Warszawskie emocje ,,przed południem’’

Jest taka pora dnia i taka pogoda, że warto wyjść na spacer. Gdzie? Jak przygoda, to tylko w Warszawie!

Ustawa zwyczaju przewiduje trzy główne momenty na spacer. Okołoobiadowy, popołudniowy kawowy i wieczorowy do spotkania. Nic im nie ujmując, chciałbym zaproponować czwartą drogę – porę rozpiętą gdzieś między godziną 10-tą a 14-tą. Ciężko określić jej status formalny, ale nie powinno to budzić większych obaw. Nazewnictwo jest tu na tyle śliskie, że sztywne wiązanie terminologicznych łyżew to tylko zabawa w określenia. Któż bowiem o 12:15 czuje się człowiekiem popołudnia? Jeden może i powie, że popołudnie właśnie rozpoczyna, ale większość czułaby się raczej zobowiązana do południowego obiadku, czy nawet stwierdzenia, że oto końca dobiega ich poranek. Jeśli jednak czytelnik – do zabawy w określenia, jak i ja, przyzwyczajony – potrzebowałby utożsamienia omawianej tu pory z czymś namacalnym, to proszę przyjąć, że chodzi o przedpołudnie. W społecznym rozumieniu czasu okres od 10-tej do 14-tej wyraźnie rozstaje się bowiem z porankiem, a jego kresem ma być obiad, emanacja mitycznego południa, rzadko jednak związana z astronomią godziny 12-tej.

Właśnie takim ,,przedpołudniem’’ dobrze jest zrobić kilka kroków pośród warszawskich emocji. Pogoda nie jest bez znaczenia, proszę zamówić sobie słońce. Rześkość powietrza zapewniona jest w zimowym pakiecie i bardzo się przyda. Słoneczność najzgrabniej wychodzi na zdjęciach z chłodem o ostrych kantach. Takim, że człowiek zakłada i zdejmuje kaptur, bo w uszy zimno, ale przegapić niczego nie chce.

Wolski ,,dziki zachód’’ dostaje wtedy intensywnego filtru i flirtuje z przechodniem aurą Tyrmanda. Cały Mirów pachnie zimnym powietrzem. Zapach mrozu otrzeźwia bruk na Chłodnej i ten dzieli się zaklętymi w sobie myślami. Wspomina dwudziestoletniego Chopina, który tą ulicą opuścił miasto na zawsze w 1830 roku. Mirona, uciekającego w odwrotnym kierunku. Tych, co w sierpniu uciec nie zdążyli. W zgodzie z pogodą mówi o tym zimno, ile można opłakiwać tamte światy. Szybko zmienia temat i zaraz szydzi z tego jak pokracznym trio jest dzisiaj kościół św. Karola Boromeusza, podwórkowe pawilony z lat 70-tych i korpo-wieżowiec AXA. Jeszcze zabawniejsi wydają mu się warszawiacy, rywalizacje ich światów – kaszkietów z fullcapami, gwary z anglicyzmami, Barei z Vegą. Jak to się słodko ze sobą miesza.

Przechadzka w tych godzinach, między śniadaniem a obiadem, możliwa jest w zasadzie tylko w weekend lub dniu wolnym. Polecałbym wychynąć w sobotę. Niedziela ma rzuconą z rufy ciężką kotwicę konwenansu, zaś dzień wolny najczęściej wiąże się ze świętem, a więc stanem wyjątkowym. Sobota wygrywa swoim autentyzmem (po piątkowych balach chodniki też są zarzygane) i wyczuwalnym luzem. Przed poniedziałkiem jest jeszcze niedziela, weekend wydaje się nieskończony. Samo przedpołudnie ma przyjemny posmak startu, wieczorne spotkania dopiero się wywołują. Gwarantuje to spokój ducha, można iść z wolną głową i rzucać długie, uważne spojrzenia.

Czas pozwala wejść w bramę, na co dzień lustrowaną jedynie przelotnie. A tu proszę, na obu brzegach podwórka dalej żyją swoim życiem. Rozsiadłszy się na porzuconej wersalce należy zmierzyć się z krzywym uśmiechem trzepaków i czytać na głos graficiarski strumień świadomości. Wrócić na ulicę, spojrzeć na pucowane wieżowce i apteczną sterylność zamkniętych osiedli. Zrozumieć szyderczość trzepaków.

Przetrwanie w tym mieście to pusty śmiech historii, która nie zakończyła się wczoraj. Ostańce na Woli z proletariacką drwiną na ustach chowają się przed dzisiejszymi placami budowy, co jest jednak coraz trudniejsze. Między blokami Osiedla za Żelazną Bramą łatwiej było się ukryć niż w lustrach biurowców. Na dzikim zachodzie kwitnie wolna amerykanka. A kiedy szuka cię oko nowych Mordorów, potrzeba dobrych kryjówek. Waliców schował się więc za muralem ,,kamień i co”, którym efektownie przedrzeźnia deweloperów. Żelazna i Krochmalna zasłaniają się petycjami do konserwatora. Para staruszków na Grzybowskiej (roczniki 1910 i 1936) uznały, że pod latarnią najciemniej i przycupnęły pod nosem Warsaw Spire, zastanawiając się, czy to jeszcze Syreni Gród czy już Manhattan. Przyuważone resztki browaru Haberbuscha & Schielego zgodziły się na kompleks biurowo-mieszkalny w zamian za odrestaurowanie. Rejestr zabytków był ich szczęśliwym argumentem przetrwania. Dzięki temu zostanie jakiś ślad po miejscu, które wykarmiło Powstanie zupą–plujką ze swojego zboża, a w PRL-u jako Browary Warszawskie puściło w obieg coca-colę i piwo Królewskie.

Wspomnianą Żelazną, płynącą środkiem Mirowa, można dotrzeć do zapomnianej części Chmielnej. Budowa Pałacu rozcięła tę ulicę na dwie zupełnie odmienne. Pierwsza jest zatłoczona i wpada parasolkowymi paniami na Nowy Świat. Druga, przysłonięta Centralnym i Złotymi, ma w sobie jakiś romantyzm, charakterystyczny dla fermentującego po wojnie ,,dzikiego zachodu’’. Niebieskie balkoniki bloków patrzą z góry na pustobłotniste parcele, ceglane strzępy, zaniedbane przedwojenne kamienice. Ich respekt budzi potężny w swej bryle Dom Kolejowy, poorany niezabliźnionymi pociskami z ’44 roku. Brudna magia tego miejsca będzie jednak musiała określić się na nowo. Powoli na nogi staje 310 – metrowa Varso Tower, która spojrzy z góry nawet na Pałac. Jakby za karę, że Chmielne przez niego rozstały się po wojnie.

Gdzie indziej starsza pani także wspomina swoje ,,po wojnie’’. Pod okiem rzeźby przekupki nasłuchuje czy na pobliskim rynku mariensztackim niesie się jeszcze echo potańcówek z lat 50-tych. Rozsypuje okruchy gołębiom i odchodzi. Nikt nie woła.

Z tamtej strony Wisły z naprzeciwka – którą z Mariensztatem na wysokości wylotu Bednarskiej łączył w XVIII i XIX wieku most pontonowy – Praga wykorzystuje dobre światło i uczy zapominalskich jak wygląda cegła. Ale nie spoufala się zanadto. Na Brzeskiej jedno podwórko za daleko może poskutkować wiązanką od tutejszych. Matka Boska często musi zatykać uszy, choć jej kapliczki są nietykalne dla najgorszych poetów w dresach.

Peerelowskie dzielnice zaczynają sobotę po swojemu. Ciężką głowę blokowisk przełamuje kultura grania w piłkę. Rozkrzyczana małolatami Koncertowa próbuje pobudzić do życia Ursynów, ale dookoła boiska kręcą się tylko nieogoleni ojcowie młodych Lewandowskich. Na Irzykowskiego to właśnie ci nieogoleni zakładają żwirówki i walczą o punkty w amatorskiej Lidze Bemowskiej. Bloki powoli przekonują się, że nie ma co zostawać w blokach i wypluwają z siebie kolejnych sąsiadów.

Sobotnim przedpołudniem potwierdzają się także stare prawdy. Św. Spokój nadal patronuje cichej parafii ,,Żoliborz’’. Na Marszałkowskiej z kolei ruch jak na Marszałkowskiej, na Koszykowej ta sama hipsteriada uczy się do matury. Piękna cały czas pogubiona u boku placu Konstytucji. Papier gazety dalej pachnie ładniej niż ekran. Można go też zwinąć w poręczny rulon i głaskać jak kota przez pół spaceru. Ogromna przyjemność dla małego konserwatysty, którego ma w sobie każdy z nas.

Po powrocie do domu poleca się rozgrzać herbatą, przedobiednią wbrew konwenansowi. Z dedykacją dla małego liberała, który w zadziwiającej harmonii żyje obok rodzonego wroga. Rozwinąć rulon gazety i poczytać tyle, ile herbaty starczy. Wraz z ostatnimi fusami kończy się ta dziwna pora dnia. Obiad to nowy początek.

Jan Czempiński

zdjęcie :Jan Czempiński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *