Ojczyzna Czarnego Romana

Takich brzydkich, dziwnych miejsc, muszą być w Polsce setki. Prowizoryczne mikrokosmosy. Otaczane przez architektoniczne banały, strzeżone osiedla i skandynawskie bloki w roli najeźdźców. Miejsca, gdzie zachowała się jeszcze lokalna mitologia i specyficzne tradycje. Miejsca, którym deweloperzy nie zdążyli jeszcze zabudować duszy. Poznajcie jedno z nich – Powsinek. To tu zaczęła się historia Czarnego Romana.


Wilanów jest częścią Warszawy od lat 50-tych, co znajduje swoje odzwierciedlenie w relatywnie dobrym skomunikowaniu dzielnicy z resztą miasta. Kiedyś była tu kolejka, obecnie jest gęsta sieć autobusów, niedługo będzie tramwaj. Budują się nowe szkoły, mnożą się kawiarnie, knajpy i sklepy. Atrakcje turystyczne przyciągają fanów klasycystycznej architektury, a w kościele na Kolegiackiej odbywają się śluby głównych bohaterów każdej szanującej się polskiej opery mydlanej.

Można tu wybudować dom – bo faktycznie i na Kępie Zawadowskiej, i w Miasteczku Wilanów stawia się nowiutkie domki i mieszkanka. Można spłodzić syna – w tychże domkach i mieszkankach. I zasadzić drzewo – w lesie nieopodal. To wszystko można zrobić tu – w Wilanowie. Dzielnicy niegdyś przez inwestorów zapomnianej, dziś przeżywającej renesans.

Co to wszystko ma wspólnego z Czarnym Romanem? W dalszej części tekstu do niego wrócimy. Najpierw jednak poznajmy miejsce, gdzie się urodził. Miejsce pełne kontrastów i osobliwych zwyczajów. Marginalizowane, zarośnięte i na wskroś autentyczne. Nie musimy wyruszać nawet poza granice Warszawy.

Powsinek
Wilanów składa się z poddzielnic wymienionych na poniższej grafice. Nas interesuje właśnie ta najbardziej zapomniana.

Artykuł „Wilanów” z Wikipedii

Witajcie na Powsinku. Panuje tu prowizoryczna estetyka, która jest de facto jej całkowitym brakiem, i wszechobecny kontrast. Są domy ładne, przepastne wille i chatki ze sklejki. Osią wydarzeń jest mały sklep spożywczy, gdzie miejscowi spotykają się, żeby pogadać. Obok pobliskiego Bricomana postawiono coś, o czym czerwona, upstrzona brokatem tabliczka informuje, że jest barem. Jednocześnie można tu pójść do fryzjera, zostawić dziecko w prywatnym żłobku i kupić świeżego kurczaka u rzeźnika. Na ziemi leżą pety, reklamówki i puszki po piwie. Podczas gdy inne składowe dzielnicy się rozrastają, tu buduje się tylko obwodnicę. Ta część Wilanowa jest traktowana  po macoszemu, zarówno przez miasto, jak i przez niektórych mieszkańców. Ci ostatni są zresztą zgodni, „że z tego już nic nie będzie”. To miejsce, gdzie spotykają się dwie biegunowe mentalności: mieszczańska i wiejska, wywołując kolizję i odciskając swoje piętno na specyfice rejonu.

Większość starszych mieszkańców pamięta czasy, gdy na Powsinku nie było jeszcze prawdziwych dróg, ale przecież pamiętają także, że podobnie było na Ursynowie, Dolnym Mokotowie czy nawet na Ochocie, bo „Warszawa kończyła się na Chełmskiej”. Jednak o tamtych rejonach nikt dziś nie powie, że przypominają wieś. A Powsinek jest jak wieś, bo pije się tu i śmieci na potęgę, i czasem trzeba przeganiać pijaka, który chce ci nasikać na bramę. A traktory, stodoły i hodowlane zwierzęta wkomponowują się w codzienny krajobraz. Te same nazwiska powtarzają się w ewidencjach od setek lat. Jest jak miasto, chyba tylko dlatego, że administracyjnie jest w mieście. Mieszkańcy, choć to głównie potomkowie powsinkowskich autochtonów,  nie mówią żadną gwarą i znaczna ich część myśli w mieszczańskich kategoriach, traktując te okolice jako coś hipsterskiego, pełnego niezrozumianego folkloru. Nie do końca je rozumiejąc. I chyba nie do końca mając na to rozumienie ochotę.

 

Leon
Są dziwne tradycje. Co roku w Wielkanoc, po Triduum Paschalnym, anonimowa grupa tutejszej młodzieży stawia na wysokim palu kukłę zwaną Leonem. Leon przypomina człowieka, w jednej ręce trzyma butelczynę, w drugiej słoik, a na nogach ma kalosze. Wypchany jest słomą, ubrany w kapelusz i stare łachy. Pod Leonem, czyli kilka metrów niżej, anonimowi sprawcy zbierają skradziony dobytek nieszczęsnych mieszkańców Powsinka. Obecnie, z uwagi na rosnącą liczbę nabywców alarmów przeciwwłamaniowych, ten zdobyczny inwentarz rokrocznie maleje. Jeszcze dziesięć lat temu można było tam znaleźć swoją bramę. A według relacji starszych mieszkańców – kiedyś nawet sławojkę.

„Około północy, kiedy już światła pogasły, wybiegaliśmy z domów i szliśmy po łupy” – relacjonuje pan Paweł, rocznik 47. „Rozbiegaliśmy się po okolicy i demontowaliśmy furtki i bramy. Z podwórek zabieraliśmy wozy i ciągnęliśmy pod Leona. Nie raz ktoś nas pogonił, czasami jakiś chłop wyskoczył z kijem. Pamiętam, jak pewnej wyjątkowo zimnej Wielkiej Soboty, jeden facet wybiegł z domu w samych kalesonach i ruszył za nami w pogoń.” Zapytany o to, skąd ten zwyczaj się wziął, wzrusza ramionami. Nikt nie wie skąd, po co i dlaczego. Wie tylko, że za czasów jego ojca wielkanocne żarty były jeszcze mniej wybredne. Nikomu nawet nie przychodziło do głowy, żeby dzwonić na policję; porachunki załatwiało się między sobą. A dzielnicowy zawsze przymykał oko.

Wycinek z gazety z lat 80tych, fotoreportaż z Powsinka

Zwyczaj ten jest praktykowany z różną częstotliwością. Bywają Wielkanoce bez Leona, ostatnio widziany był tu dwa lata temu. Ta specyficzna tradycja koreluje  z wiejskimi obrzędami praktykowanymi pod koniec postu lub na zakończenie jakiegoś cyklu, który czci się huczną zabawą opierającą się na psikusach. Budzi także skojarzenia z dawną tradycją wieszania „Judasza”, ale bez antysemickiego zabarwienia, bez znęcania się nad kukłą, ale za to z żartami, opartymi głównie na zbieraniu fantów. To takie wilanowskie Halloween, wielkanocny rytuał jedyny w swoim rodzaju.

Jeziorko
Jest też Jeziorko Powsinkowskie. Każda cywilizacja buduje się w pobliżu jakiegoś akwenu.  W tymże Jeziorku kąpiele były niegdyś na porządku dziennym. Mieszkańcy opowiadają, że dawnymi czasy poili tu konie, a woda nadawała się do spożycia nawet przez ludzi. Oczywiście Jeziorko zaczęło w pewnym momencie zarastać, a na dodatek czasem ktoś tu spuścił szambo albo ukisił w nim kapustę. Ale największa biodegradacja przyszła razem z rozpoczęciem budów po drugiej stronie ulicy Przyczółkowej. Z nowopowstałego Miasteczka Wilanów zaczęto wylewać do Jeziorka gęstą, brunatną ciecz, która oblepiła zwierzęta i rośliny, zaalarmowała wędkarzy, mieszkańców i dziennikarzy. Szybko okazało się, że Jeziorko zupełnie słusznie trzeba było zanieczyścić, bo to bardzo ułatwiało budowę garaży i bloków w Miasteczku. A legalność tego precedensu polegał na tym, że były to mocno zażelazione wody gruntowe, których de iure nie zalicza się do ścieków. Przez wiele miesięcy sytuacja się pogarszała, a według Gazety Wyborczej jeden z inwestorów odpowiedzialnych za ten precedens dostał nawet mandat w wysokości 500zł. Jednak ani ta bajońska suma, ani liczne protesty, ani nawet specjalna uchwała wilanowskiej Komisji Środowiska, Ekologii i Rolnictwa, którą ogłoszono miesiąc po artykule GW, nie podziałały na dłuższą metę.

Kanał wpływający do Jeziorka Powsinkowskiego 20 kwietnia 2018, źródło: własne

Już nieco ponad rok później musiał ukazać się reportaż programu  Uwaga!, żeby przypomnieć opinii publicznej, że problemu wcale nie załatwiono. Na wspomnianym materiale ukazano bezczelną degradację środowiska tuż pod nosem nieskutecznych urzędników. Dopiero wtedy zainterweniowano i skutki tej interwencji przyniosły owoce. Tak było w roku 2016. Czy ten problem wróci jak bumerang? Czas pokaże. Zwłaszcza, że zapytana o tę sprawę naczelnik Wydziału Ochrony Środowiska dzielnicy Wilanów, odpowiedziała, że „akwen ten jest własnością SGGW w Warszawie i wszelkie prace porządkowe spoczywają na właścicielu”, dodając, że władze dzielnicy nie zajmują się tą sprawą. To zastanawiające, bo Jeziorko Powsinkowskie jest połączone z Wilanowskim, które przepływa przez najbardziej reprezentatywną część Wilanowa – park przy Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego.

Zatruwanie jeziora nie przeszkadza jednak, by  raz na jakiś ktoś się w nim utopił. I, paradoksalnie, ta część Powsinka doczekała się zagospodarowania i infrastrukturalnej ewolucji. Jeszcze niedawno droga nad wodę była błotnista i prowadziła pomiędzy wysokimi drzewami, które nadal tam stoją i nadal dają cień, ale wreszcie nad wybrukowaną płaszczyzną. Jest miejska siłownia, jest WiFi, nieopodal pojawił się Lake Park Wilanów. Stare ławki wymieniono na nowe, na których całkiem przyjemnie będzie można spędzić letnie popołudnie lub każde inne, jeśli jesteś posiadaczem psa, wędkarzem lub entuzjastą spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

Czarny Roman
Na Powsinku stoi też szkoła – Zespół Szkół nr 123, w którego skład wchodzą: Szkoła Podstawowa nr 169 im. Orła Białego i  Gimnazjum nr 116 im. Husarii Rzeczypospolitej. I jak tu nie być dumnym ze skończenia szkoły o tak znamienitym patronacie? Ci, którzy mają nieszczęście mieszkać w sąsiedztwie tej świetnej placówki edukacyjnej, muszą znosić naloty uczniów na tak zwany „kanalik” czyli wąską uliczkę, w której świetnie przeżywa się wszelkie dramaty nieodłącznie związane z wiekiem gimnazjalnym. Wszystkie radości, kłótnie, zerwania i bójki odbywają się tam – w akompaniamencie kiepskiej muzyki z telefonu, pod wpływem taniego radlera i z e-papierosem w ręku. Jedna z absolwentek wspomina, że w okolicy szkoły pod koniec lat 90-tych krążył pewien dziwak, który nosił w skarpecie sztućce, opowiadał, że odgryzł swojemu bratu ucho i straszył dzieci, mówiąc, że jak go zdenerwują, to zje także je – tyle że w całości. Opowiada także, że pewnego razu ktoś wywiesił w okolicy podrobiony nekrolog z nazwiskiem rzeczonego dziwaka – Jana Wiesława Polkowskiego.

Bo właśnie w sąsiedztwie tej szkoły, na ulicy Koralowej, mieszkał kiedyś Czarny Roman. Razem z chłopakami w swoim wieku ustawiał Leona, razem obrzucali chłopów jadących wozami z  Kępy Zawadowskiej jabłkami, kąpali się w czystym jeszcze Jeziorku. Jego dawny kolega z klasy twierdzi jednak, że Jan zawsze był trochę z boku. Pedantyczny, wycofany i „jakiś dziwny”.

Według mojego rozmówcy Jan Polkowski dosyć szybko zajął się cinkciarstwem – wymieniał dolary na złotówki, co w PRLu stwarzało niebagatelną szansę na wzbogacenie się. Ubierał się zawsze elegancko, ponoć spotkać go można było w nieistniejącej już  kawiarni „Kopciuch” nieopodal Marszałkowskiej, gdzie często przesiadywały stare prostytutki i naciągacze różnej maści. Mieszkaniec Powsinka opisuje metody, wówczas nagminnie stosowane przez niektórych nieuczciwych cinkciarzy: „Jak ktoś przyjechał z zagranicy, to szli wymienić pieniądze w bramie. W końcu cinkciarz krzyczał: Policja! i uciekał i z dolarami i ze złotówkami. Zdarzało się też, że wciskali komuś pliczek pociętych gazet zamiast pieniędzy”. Mój rozmówca nie sugeruje, żeby Czarny Roman również te metody stosował, wspomina za to, że w pewnym momencie Polkowski za zarobione pieniądze kupił dom w okolicach Wawra albo Anina, gdzie zamieszkał ze swoją żoną i dziećmi.

Dalsza część historii była już opisywana w mediach – rodzina wyemigrowała do Stanów, zostawiając Jana samego. Czy było to spowodowane pogłębiającą się chorobą psychiczną czy konsekwencjami związanymi z zawodem ojca rodziny? Tego nie wiadomo, wiadomo jednak, że te dwie składowe spotkały się w końcu, gdy dopadły go najpierw rzeczone konsekwencje w postaci wyjątkowo brutalnego pobicia, a potem zaogniona przez to choroba psychiczna. W wyniku tej ostatniej powstał Czarny Roman. Pierwszy hipster Warszawy, złowróżbny prorok, „szaman”, śródmiejski jogin, piewca „świadomości” i pozytywnej energii. Pożegnaliśmy go w grudniu 2017, jednak urban legends na jego temat wciąż są na ustach Warszawiaków, a na Powsinku pamięć o nim żyje zupełnie inaczej. W końcu mieszkają tu ludzie, którzy od zawsze znali jego rodzinę, chodzili z nim do szkoły i byli świadkami niektórych elementów procesu jego przemiany.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *