Ile hipsterstwa na metr kwadratowy?

Naprawdę wierzę, że to miasto zasługuje na coś więcej niż kolejne pomniki smoleńskie. Nasza stołeczna miejska dżungla obrasta w nowe fascynujące miejsca.

Nocny market cieszył się ogromną popularnością w sezonach 2016 i 2017, ale z powodu remontu Dworca Głównego miał zostać zlikwidowany. To miejsce to nic innego jak kilka zrujnowanych daszków na styku Woli, Śródmieścia i Ochoty, gdzie można zjeść pod chmurką przygotowane w foodtruck’u  pyszne sajgonki. Świetny biznes powstał dzięki zawieszeniu kilku kolorowych lampek, zgromadzeniu najfajniejszych warszawskich knajpek, których jedzenie warte jest dniówkę  i puszczeniu w tle klubowej muzyki. Nic więc dziwnego, że organizatorom zależało na zachowaniu Marketu, zrobili fortunę korzystając z taniej lokalizacji i renomy zgromadzonych restauracji. Ale mieszkańcy też nie chcieli zgodzić się na jego likwidację.

Tłum to generalnie dobre określenie na piątkową inaugurację Nocnego Marketu. Unoszący się w powietrzu zapach oleju, fajek i duchoty sprawia, że czujecie się prawie jak w egzotycznym miejscu. Tymczasem miejscowa ludność to nosiciele okularów-zerówek, za dnia korposzczury, freelancerzy, poszukiwacze marzeń, w nocy zaś koneserzy kuchni świata. Palą fajka nad talerzami kalmarów, zagadują do przypadkowych ludzi (najczęściej słowami: „Przepraszam, czy mogę przejść”). Spotkacie tam znajomych z podstawówki, sąsiada i ludzi poznanych na kempingu. I to jest to, co bardzo polubiłam w Nocnym Markecie. Nieważne gdzie, byle pod chmurką, nieważne na czym zaserwowane, ważne co. I na koniec, nie ważne z kim, ważne, że tam, gdzie wszyscy.

Warszawiak to charakterystyczna kreatura, która lubi ścisk i ciasnotę, rozrywkę na (świeżym?) powietrzu, ale przede wszystkim osoba gotowa szukać nowych doznań na talerzu nawet za wysoką cenę. Lubię to miasto.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *