Dziennikarze studentom

XIII edycja konferencji Media Student pokazała, że młodzi ludzie potrafią organizować ciekawe wydarzenia. Mimo świetnych prelekcji w wykonaniu wszystkich gości, najwięcej skrajnych emocji wywołała obecność Jerzego Urbana, nazywanego „Goebbelsem stanu wojennego”.

 

Magazyn Magiel, będący niezależnym miesięcznikiem akademickim, osiągnął sukces nie tylko za sprawą doboru prelegentów. Gdy media ulegają tabloidyzacji, pladze fake-newsów oraz polaryzacji społeczeństwa, radość potrafiły sprawić zwykłe rozmowy o dziennikarstwie w różnych zakresach.

Filmy niczym konie

Wydarzenie zainaugurowała dyskusja dwojga specjalistów od kinematografii. Natalia Chojna z Akademii Filmu Polskiego zwracała uwagę na polską klasykę i cechy współczesnego widza, by Bartek Przybyszewski (autor bloga „Liczne Rany Kłute”) poruszył problem zanikającej publicystyki filmowej. To tylko niektóre tematy, które wprowadziły słuchaczy w świat filmu.

Dziennikarz współpracujący z Gazetą.pl podkreślił, że w kinach studyjnych cały czas można dostrzec te same twarze. Uspokoił tym malkontentów, chcących upatrywać dominacji kina masowego i multipleksów.

Przedstawicielka Akademii Filmu Polskiego zwróciła uwagę na poziom filmów, będących ostatnio w Polsce na topie. – Zarówno u Smarzowskiego, jak i u Vegi typowi odbiorcy nie należą raczej do koneserów kina – stwierdziła, uzupełniając jednak, że nie brakuje świetnych polskich produkcji, co można dostrzec choćby na corocznym festiwalu w Gdyni.

Oboje prelegentów poruszyło temat recenzji. – Nie każdy powinien mieć prawo pisania w kwartalnikach filmoznawczych, ale każdy ma prawo do wydania opinii o filmie, jeśli tylko nie polega to na hejcie – stwierdził Przybyszewski, po czym przytoczył słowa Martina Scorsese, że obecnie filmy ocenia się jak konie wyścigowe, dając piątkę lub ósemkę.

Wojenki na Twitterze

Przypadek Przemysława Rudzkiego dodaje otuchy tym, którzy utracili nadzieję na zrobienie kariery dziennikarza. Redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” dopiął swego dość późno, niemało ryzykując. Pracując fizycznie w Wielkiej Brytanii, jak wielu polskich emigrantów, nawet nie myślał o tym, że nagle będzie miał okazję dzielić biuro z wieloma tuzami dziennikarstwa sportowego.

Poprzez swoje słowa udowodnił, że pasja, którą ukazywał w odręcznych notatkach wysyłanych do redakcji przed nastaniem doby Internetu, nadal w nim pozostała. Jako miłośnik ligi angielskiej podkreślał, że pobyt w dziupli komentatorskiej jest dla niego ucieczką do wspaniałego świata, gdzie jednak sztuką jest, by uniknąć powtarzania się po tak wielu meczach.

Spośród wszystkich prelegentów, Rudzki najbardziej starał się o zwykły kontakt z publicznością, co słuchacze przyjęli z zadowoleniem. Zwracał uwagę na trudności, które dzisiaj można napotkać w zawodzie dziennikarza, odnosząc się do tych, którzy wiążą z nim przyszłość – Obecnie redakcje częściej zwalniają, niż zatrudniają – przestrzegał.

Istotnym tematem prelekcji były media społecznościowe, które według Rudzkiego, są nierozerwalnym aspektem pracy dziennikarza. Podkreślił, że trzeba w nich uczestniczyć, by nie wykluczyć się z zawodu. Z drugiej strony zwrócił uwagę, by nie nadużywać czasu i energii na nie poświęcanych. – Poprzez niepotrzebne wojenki na Twitterze, niejedni mogli ujrzeć we mnie innego człowieka, niż faktycznie jestem – powiedział.

„Lubię przyj…ć klerowi”

Apogeum zainteresowania osiągnięto za sprawą obecności innego prelegenta – Jerzego Urbana. – Niektórzy z naszej redakcji nie chcieli zapraszać osoby z taką przeszłością lub bali się wkroczenia środowisk narodowych. Jak się okazało, zupełnie bezpodstawnie. Poza nieprzychylnymi komentarzami na Facebooku nie spotkaliśmy się z żadną formą sprzeciwu – powiedział Paweł Pińkosz, organizator konferencji.

Od momentu wejścia Urbana na scenę, wzmogła się uwaga ze strony publiczności, która żywo reagowała na wypowiedzi Urbana.

„Żyję z tego, że wściekam” – słowa redaktora naczelnego tygodnika NIE, mogłyby posłużyć za ogólny odbiór jego osoby. Poruszenie wywołały jego słowa o cenzurze, do której bycia zwolennikiem się przyznał. – W innych krajach głównym cenzorem był redaktor naczelny. W Polsce za to naczelny był z nami, nie ze zwierzchnictwem politycznym – argumentował.

Po dłuższym czasie, w końcu przypomniał słuchaczom, że tematem prelekcji była satyra w publicystyce. – Ostatni numer Po Prostu nosił nazwę „Dziady Narodowe”, co było krytyką wobec Gomułki. Jak widać, tytuł ten nie stracił na aktualności – stwierdził w charakterystycznym dla siebie stylu. Następnie na pytanie o satysfakcję z satyry powiedział, że „najbardziej lubi przyj…ć klerowi, PiS-owi oraz środowiskom faszyzującym”.

Pod koniec spotkania poruszono temat tygodnika, który po zmianach ustrojowych notował najlepszą sprzedaż w swojej historii. – NIE krzepiło samopoczucie ludzi poprzedniego systemu, był obroną ich godności. Obecnie tygodnik skierowany jest zarówno do emerytów, jak i do zbuntowanej młodzieży – podkreślił. Poruszając temat funkcji rzecznika komunistycznego rządu, odpowiedział, że władza świadomie wprowadzała go w błąd, a kłamstwa były nieświadome. Mógł to być wstęp do ostatniej prelekcji, która dotyczyła manipulacji oraz propagandy.

Bezczelne kłamstwo

Na koniec przyszedł czas na wisienkę na torcie dla tych, którzy cenią sobie niezależne dziennikarstwo i absolutny brak poprawności politycznej. Mikołaj „Jaok” Janusz kojarzony jest głównie jako reporter kanału Pyta.pl, w drugiej kolejności jako prowadzący autorski program w Superstacji.

Wskazał na problem szufladkowania, który dotyczy choćby jego pracodawcy. Jak określił, telewizja, w której pracuje kojarzona jest jako „lewacka”, chociaż da się w niej znaleźć dziennikarzy z obu stron. Temat stał się zaczątkiem do rozmowy o technikach i sposobach manipulacji. Podając oczywiste przykłady, jak szachowanie liczbami demonstrantów, granie na emocjach bądź „zabawę” montażem, jako najczęściej stosowaną formę uznał bezczelne kłamstwo.

Przechodząc do końca zarówno prelekcji, jak i całej konferencji, „Jaok” zręcznie poruszał się w tematach bliskim słuchaczom. Wbrew stereotypom dotyczących jego osoby, podkreślił istotę dialogu i otwartej postawy wobec innych poglądów. – „Nie mam nic przeciwko inwigilacji, bo nie mam nic do ukrycia”, brzmi jak „nie mam nic przeciwko ograniczaniu wolności słowa, bo nie mam nic do powiedzenia” – stwierdził.

Na szczęście wszyscy prelegenci mieli coś do powiedzenia, wywołując zainteresowanie słuchaczy, którzy niekoniecznie musieli zainteresować się dziedziną danego mówcy. Nie brakowało również ciekawych pytań ze strony publiczności, co daje nadzieję, że dziennikarze niekoniecznie muszą rozmawiać sami ze sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *