Co kryje się za murami? Tor wyścigów konnych Służewiec.

Jest czwartkowy wieczór. Za oknami Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego powoli zachodzi słońce. Podczas gdy my uruchamiamy film, na torze wyścigów konnych Służewiec kończy się długi dzień pracy. Dzięki spotkaniu zorganizowanemu przez koło naukowe socjologii jakościowej “SOJA” mamy okazję zajrzeć za pokryty graffiti mur przy ulicy Puławskiej. Przewodnikiem po tej wyprawie jest dr Barbara Bossak-Herbst i jej film “450 kilo marzeń”.

Diego jest młodym koniem, tzw. “roczniakiem”. Jego właściciel, jak i trener wiążą z nim ogromne nadzieje – jak z każdym koniem przybywającym jesienią do stajni. Do niespokojnego Diego podchodzi trenerka Małgorzata Łojek. “No tę buzię to ma jeszcze jak dziecko zupełnie” – ocenia roczniaka. Młody koń wkracza w zupełnie nowe środowisko, gdzie czekają go codzienne, regularne treningi po to, by za kilka miesięcy pierwszy raz stanąć w gonitwie.

Jesień

Barbara Bossak-Herbst odkrywa przed nami rok z życia koni, który zaczyna się jesienią, kiedy do stajni przybywają “roczniaki”. Imiona nowych koni spisane są na małych plakietkach, by potem wylądować na tablicy – “stajennym komputerze” – określającej przydział do jeźdźca. Diego zaczyna od nauki chodzenia w kółku – “musi się rozstępować, żeby był grzeczniejszy” – mówi Błażej, jeździec. To także czas, gdy konie zaznajamiają się ze stajnią – trenerami, jeźdźcami, a także innymi zwierzętami – bowiem wokół stajni kręcą się także liczne psy i koty. Od tej pory ich codzienne życie będzie poddane rygorowi treningów – wszystko po to, by dobrze wypaść w czasie pierwszej gonitwy. Jesień to również ważny okres dla ludzi pracujących na Służewcu – poznają nowe konie wraz z ich unikatowymi charakterami. Niektórzy wolą jak koń ma “fajny charakter, taki spokojny, łagodny.” Inni natomiast – jak jeździec Błażej preferują “jak koń jest nadpobudliwy, bo przynajmniej coś się dzieje – nie ma rutyny”.

Zima

Wydawać by się mogło, że zimą zarówno konie jak i trenerzy czy jeźdźcy odpoczywają – nic bardziej mylnego. Mimo, że tor nie posiada krytej ujeżdżalni, konie muszą trenować. Na jednej ze scen widzimy jak już po zapadnięciu zmroku “roczniaki” nadal jeżdżą w kółku. Jest to dla nich ciężki sprawdzian – młode konie nie powinny jeździć po twardym, zmrożonym torze, jednakże warunki do tego zmuszają. Dopiero po długim wieczorze w stajni światło gaśnie, a pracownicy mogą wrócić do swoich mieszkań. Do ciepłej pierzyny nie mają daleko – większość z nich mieszka na terenie Służewca, wraz ze swoimi rodzinami. Niegdyś osiedle to było tak dobrze zorganizowane, że właściwie nie było potrzeby wychodzić “na miasto” – były tu sklepy, przychodnia lekarska, miejsca rozrywki, szkoły. Dziś, pozostały po nich puste budynki, jednak oprócz tego niewiele się zmieniło. Błażej ze swoją żoną, mówią, że właściwie wszystko jest tak, jak pamiętają z dzieciństwa, wciąż przewijają się te same twarze, “jak w ranczu”.

Wiosna

Podczas gdy wszystko budzi się do życia – słychać śpiew ptaków, na drzewach pojawiają się pierwsze liście, które dodatkowo odgradzają ten największy na świecie, mający 140 ha, kompleks dedykowany wyścigom konnym (obszar ten jest większy niż jakikolwiek stołeczny park), na torze rozpoczyna się najbardziej intensywna praca. “Wszystkie konie trzeba robić” – nie tylko “roczniaki”, ale również te starsze, które podczas zimy odpoczywały. Rozpoczynają się pierwsze treningi na torze, konie muszą oswoić się z sytuacjami startów. Do najbardziej stresującego momentu, zarówno dla ludzi jak i dla koni, należy nauka startowania z tzw. “start maszyny”. Zmuszanie konia do wejścia “w bramki” to ogromne wyzwanie. Jednemu koniowi towarzyszyć musi kilka osób. Nawet tak duża liczba nie gwarantuje powodzenia – zwierzęta często wyrywają się, uciekają. Jako widzowie kilka razy wraz z końmi przechodzimy przez ten stresujący proces, który obejmuje nie tylko samo wejście do start maszyny, ale również moment strzału i rozpoczęcie próbnej gonitwy. Wszyscy uważnie obserwują konie – wiążą bowiem z nimi ogromne nadzieje.

Lato

Sezon trwa na dobre. W weekendy – kiedy większość warszawiaków odpoczywa, tutaj toczy się walka o prestiż – koni, trenerów jeźdźców. Diego już stoi w start maszynie. Na trybunach w czapkach i krótkich koszulach z lornetkami zbierają się widzowie. To przede wszystkim ludzie starsi, którzy wyścigi konne i tor Służewiec pamiętają jeszcze z czasów PRL, przybywają jednak również rodziny z małymi dziećmi. Mimo pięknej pogody na największej trybunie pozostaje sporo wolnych miejsc. Niektórzy z przybyłych trzymają w dłoniach zakłady. W osobnym pokoju w mały telewizor wpatrują się trenerzy. Wzrok wszystkich skupia się na start maszynie.
Strzał! Ruszają! Diego prowadzi! Po chwili inne konie go jednak doganiają. Przed małym telewizorem trenerzy ściskają kciuki. Słychać tętent. Zbliżają się do mety. Diego mija linię jako trzeci. Do całkowitego sukcesu brakuje wygranej, mimo to pracownicy stajni są zadowoleni – to bardzo dobry wynik jak na pierwszy start, poza tym nie wynik jest najważniejszy, a to, “żeby koń zobaczył, że wyścig to fajna sprawa.” Gdy konie już są umyte i odpoczywają w stajni, pracownicy otwierają szampana i piją zdrowie koni. Mimo różnych sugestii kończy się na toaście za zwierzęta, bo to “dzięki koniom żyjemy, więc musimy wszyscy za zdrowie konia.” Wraz z kolejnymi wyścigami nadzieje właścicieli koni i trenerów są weryfikowane, to czas kiedy “450 kilo marzeń” spełnia się lub nie.

Społeczny świat toru

Po upadku PRL szkoły jeźdźców, takie jak ta która istniała na Służewcu, zaczęły znikać. Jeździec przez dłuższy czas nie był nawet oficjalnym zawodem – na ministerialnej liście pojawił się dopiero w 2015 roku. Wraz z wpisem reaktywowano szkoły kształcące młodzież w tym kierunku. Wcześniej nauka odbywała się nieoficjalnymi drogami. Młodzież często przed szkołą przychodziła na tor by od starszych uczyć się fachu. Wciąż mówi się, że stajnie utrzymują się przede wszystkim dzięki amatorom. Zarówno amatorzy jak i stali pracownicy spędzają tutaj większą część dnia i większość część roku – “biegamy około 300 razy w roku” mówi jeden z trenerów. Tu na Służewcu wszystko podporządkowane jest koniom. Jak mówi Barbara Bossak-Herbst relacje międzyludzkie także są im podporządkowane. Nic więc dziwnego, że jeźdźcami i trenerami zostają przede wszystkim osoby z jeździeckich rodzin. To w końcu “cały ich świat”.

Za kulisami kulisów

Na spotkaniu mieliśmy nie tylko okazję wejść za kulisy toru wyścigów konnych Służewiec, ale  także, dzięki spotkaniu z autorką, zaglądnęliśmy za kulisy filmu. Zastanawialiśmy się jak wygląda samo montowanie materiału, ile razy są nagrywane dane sceny. Autorka mówiła o tym, że pewne czynności były nagrywane właściwie codziennie, na przykład takie jak karmienie koni, by potem wybrać najlepszą scenę. Samo montowanie materiału także nie jest łatwą sprawą, trzeba się go nauczyć – mówi. Opowiada, jak dużo czasu zajęło jej, by zapamiętać co gdzie ma – przypomina to stosy rozłożonych na biurku notatek. Trudnością związaną z montowaniem są również nieustanne negocjacje z filmowcami. Pani doktor wspomina o tym, jak długo musiała ich przekonywać, do pozostawienia w filmie szumu miasta. Filmowcy chcieli je wyciszyć, autorka zostawić, by uwydatnić kontrast między torem, a tym co “na zewnątrz”. To nie jedyny tego typu zabieg w filmie. Innym jest kilkukrotne pokazanie scen ustawiania koni w start maszynie i samego startu. Wydarzenie celowo jest w ten sposób uwypuklone, by pokazać jak bardzo stresująca jest ta czynność – zarówno dla koni jak i dla ludzi.
Współpraca z ekipą filmową to nie jedyne nowe doświadczenie z jakim musiała się zmierzyć Barbara Bossak-Herbst. “Doświadczenie bycia na zewnątrz przez cały dzień jest trudnym doświadczeniem dla mieszczucha” – mówi na spotkaniu. Podczas filmowych dni, kiedy jest na torze, nieustannie współdzieli swój czas z innymi jego mieszkańcami. Dzięki temu, może zaobserwować wiele pozornie niedostrzegalnych zjawisk, jak na przykład fakt, że w zależności od swojej pozycji każdy inaczej traktuje konie – nawet inaczej je dotykając.

Film etnograficzny sugeruje podróż do odległego zakątka ziemi. Tor wyścigów Służewiec z pozoru nie wydaje się niczym egzotycznym. Jeden ze studentów pyta “A kto z nas kiedykolwiek był na torze?” Nieśmiało podnosi się najwyżej 5 rąk. Mur można przekroczyć nie tylko oglądając film “450 kilo marzeń” – pierwsza gonitwa już 28 kwietnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *