Rzecz o Red Cape Wolf

Osoby dramatu:
Aleksander „Jaskier” Woźniak – wokal/gitara
Janek Wachnowski – gitara prowadząca/wokal wspierający
Mikołaj „Zając” Kaniewski – bas
Krzysztof Szyc – perkusja
Wojciech Skrzypek – dyktafon i notatnik

Akt I – Samochód
Listopad, sobota rano. Spotkaliśmy się na warszawskim Ursynowie, gdzie jesienna aura zmusiła nas do poszukiwania dachu nad głową. Siedzimy więc ściśnięci w samochodzie Krzyśka, a na zewnątrz leje.

Wojciech Skrzypek: Co teraz robią wasi znajomi z liceum?

Janek Wachnowski: Grają w piłkę nożną! Mój kumpel z klasy ma dzisiaj jakiś mecz.

Krzysztof Szyc: Mnie się wydaje, że mają kaca po wczorajszym piątku.

Aleksander Woźniak: Bardzo prawdopodobne. Niektórzy też siedzą w domu i się uczą.

KS: Zwłaszcza jeśli są w klasie maturalnej…

JW: …jak my?

WS: Moglibyście robić to samo, a jednak postanowiliście zwlec się w sobotę rano i przytarabanić się tutaj, żeby przez dwie-trzy godziny grać na instrumentach. Czemu?

JW: Bo to fajne. Poza tym kacowanie i granie nie musi się wykluczać.

AW: Kochamy to robić, jak to inaczej ująć? To strasznie cliche brzmi, ale my naprawdę lubimy robić muzę. To jest to, co nas motywuje. Każdy z nas ma jakieś swoje cele związane z muzyką, indywidualne i wspólne. Razem, oddzielnie – cokolwiek. Byleby robić muzykę. A skoro robi nam się ją dobrze razem… to gramy.

WS: Łączą was więc praktycznie te same plany, ale ich procesy powstawania, chociaż równolegle, pewnie u każdego przebiegały inaczej.

Mikołaj „Zając” Kaniewski: Ja zacząłem przygodę z muzyką bardzo wcześnie.  W wieku 5-6 lat uczyłem się grać na fortepianie, potem miałem długoletnią przerwę na rzecz sportu. Nie szło mi to jakoś wybitnie, więc zdecydowałem się na wielki, spektakularny, przez wszystkich wyczekiwany powrót. Dostałem na gwiazdkę gitarę elektryczną i poczułem, że to jest to. Że nie czuję takiej presji, jak wcześniej, w przypadku sportu, że sprawia mi to przyjemność i po prostu czuję się w tym dobrze. Grać na basie zacząłem pod koniec gimnazjum…

AW: I mniej więcej wtedy zaciągnęliśmy go do zespołu, chociaż miał bas dopiero od kilku miesięcy. Pamiętam, jak pewnego razu graliśmy nasz kawałek z Jankiem i Zając zaczął do niego tak po prostu improwizować. Byliśmy pod wrażeniem.

MK: A ja stwierdziłem, że to coś, czym chcę się zająć na poważnie. Postanowiłem zaangażować w to wszystkie moje siły. Poszedłem do szkoły muzycznej, ale też zacząłem, cóż, zgłębiać muzykę. W każdym tego słowa znaczeniu.

KS: Jeśli chodzi o mnie, to wszystko zaczęło się po przeprowadzce z Gdyni do Warszawy, kiedy miałem osiem lat. Wtedy poznałem mojego kumpla Bartka Czapskiego, który pokazał mi świat muzyki. W jego domu była obecna permanentnie, a to za sprawą jego ojca, który był w to mocno zaangażowany. Bardzo szybko dałem się wciągnąć. Postanowiłem, że chcę nauczyć się grać na instrumencie, założyć zespół i się z tym związać. A czemu perkusja? No cóż, w domu grałem na wszystkim, co się dało. Dosłownie. Jakiś czas nie miałem instrumentu, ale w pewnym momencie tak się złożyło, że kumpel moich rodziców złamał rękę i zaczął szukać kupca na elektroniczną perkusję. Grałem bez przerwy. Wkrótce z Bartkiem założyliśmy zespół MOPS, który istnieje do dzisiaj. Chłopaków poznałem na jakiejś imprezie, gdy szukali perkusisty to do mnie napisali, a ponieważ chciałem grać jak najwięcej, to się zgodziłem.

JW: Ja, podobnie jak Zając, dosyć szybko dostałem gitarę, ale musiała swoje przeleżeć na półce, zanim bardziej się nią zainteresowałem. Hasło „zespół” zawsze było gdzieś z tyłu głowy, więc już w podstawówce zacząłem coś w tym kierunku kombinować. A potem przyszło gimnazjum, Alek, zespół i stopniowe, coraz większe przywiązanie do gitary.

AW:  Teraz moja kolej? Moja mama jest wokalistką, więc to po niej odziedziczyłem predyspozycje i pasję do muzyki i też dzięki niej śpiewam, od kiedy pamiętam. Zaowocowało to tym, że jak miałem zaledwie siedem lat, to stwierdziłem, że mam dosyć śpiewania do siebie. Miałem starszego kolegę, który nauczył mnie pierwszego riffu na gitarze. „Wonderwall” Oasis, oczywiście. Potem nawet dostałem od niego gitarę, której używałem jako czteroakordowego podkładu do śpiewania. Potrafiłem godzinami siedzieć przed komputerem i szukać w necie kawałków, które mógłbym zaaranżować. Później do zespołu zaprosił mnie Janek w ramach projektu gimnazjalnego. Serio, taka jest geneza naszego zespołu: projekt gimnazjalny.

JW: Tak, nie mogłem sobie nic ciekawego znaleźć, aż w końcu podczepiłem się pod grupę, która miała za zadanie założyć zespół i zagrać koncert. Lepiej się nie dało trafić.

WS: Jak ludzie reagują na waszą twórczość?

AW: Pozytywnie. Spotykamy się tylko z konstruktywną krytyką. Zwykle, jeśli ktoś przychodzi na nasz koncert, to dobrze się bawi. Często ludzie zostają po naszych koncertach, żeby z nami przez parę godzin pogadać – to bardzo budujące.

WS: Jaką rolę  wobec tego odgrywacie w warszawskim światku młodzieżowych zespołów?

AW: Jest nas tam trochę. Gramy na festiwalach, kilka wygraliśmy, w niektórych zajęliśmy niezłe miejsca. Żadne z nas gwiazdy, ale jesteśmy kojarzeni. To, co mi się podoba, to fakt, że w tym środowisku zespoły utrzymują ze sobą kontakt, dogadują się, organizują wspólne koncerty. Rzadko ktoś podkłada innym świnię.

KS: Wydaje mi się, że inni muzycy szanują to, co robimy, bo wiemy, co chcemy grać. Jesteśmy w tym szczerzy i konsekwentni. Dodatkowo, granie grunge`u nie jest wcale takie powszechne; większość gra hard rocka, metal albo alternatywę. Co nie oznacza, że robią coś złego – te wszystkie festiwale i koncerty utwierdzają mnie w przekonaniu, że w Warszawie jest mnóstwo świetnych zespołów, u których wyraźnie widać progres.

WS: Teraz powinno paść to typowe pytanie o inspirację, ale was nie trzeba o to pytać, bo to po prostu słychać. Pearl Jam i Alice in Chains. Czy może jest jeszcze coś, czego nie wychwytuję?

JW: Duże znaczenie na nasze brzmienie mają indywidualne inspiracje członków zespołu, bo utwory zawsze tworzymy razem.

AW: To wychodzi zwykle od jakiejś wcześniej założonej koncepcji na sam nastrój, atmosferę utworu, która ulega całkowitej transformacji podczas próby. Zdarza się, że przynosimy ze sobą nawet jakiś gotowy fragment, ale w konfrontacji z resztą grupy, zawsze ulega to diametralnej zmianie. Dzięki temu każdy coś od siebie wkłada.

KS: Warto wspomnieć, że my nie jesteśmy w tej naszej muzyce hermetyczni. Wszyscy realizujemy się jeszcze oddzielnie, angażujemy się w skrajnie odmienne projekty. A potem spotykamy się razem i zderzamy to ze sobą, myślę, że to słychać.

WS: A jeśli chodzi o ten konkretny zespół – zamierzacie jakoś powoli odchodzić od Pearl Jamu, pójść w inne klimaty? Jak np. Animal Bar?

AW: Nie myślimy nad tym zbytnio. Chyba w ogóle nic nie zamierzamy, nic nie planujemy. Na pewno nasza muzyka zmienia się stopniowo razem z nami, co często odczuwam, gdy słucham naprzemiennie nowych i starych utworów. Ten proces jest naturalny i nie ma co go przyspieszać ani próbować sobie czegoś projektować.

JW: Mówisz o tej inspiracji Pearl Jamem w odniesieniu do EPki z zeszłego roku? Te kawałki mają już ponad dwa lata albo więcej, z naszego punktu widzenia są dosyć stare. Teraz robimy nowe rzeczy.

AW: EPka jest zamknięciem pewnego rozdziału.

WS: Czyli jednak mamy do czynienia z jakąś systematyzacją, z pewną „krechą”?

AW: Hm… Umówmy się na „sznurek”. Taka „krecha”, która jest elastyczna, którą można przesuwać do woli.

KS: Mimo wszystko w naszej twórczości nie chcemy odcinać się i  jednoznacznie przestać nawiązywać do tego poprzedniego rozdziału, bo wtedy stracimy wrażenie ciągłości tego, co robimy.

AW: To nie jest tak, że nagle przestaliśmy uznawać te stare kawałki. Były dobre. Nie bardzo dobre, ale najlepsze, na jakie nas było stać. Teraz idziemy dalej.

JW: Ewoluujemy.

MK: Tworzenie sobie programu byłoby ograniczające. Muzyki nie powinno się planować, powinna być bezpośrednim przeniesieniem tego, co wewnątrz, na zapis i dźwięk. Oczywiście zespół ma swój styl i np. nowi członkowie muszą się do niego dostosować, ale fajnie, żeby mimo wszystko nosiło to wszystko znamiona naturalności.

WS: A propos zapisu. Kto pisze teksty? I o czym są?

AW: Jeśli chodzi o Epkę, to „Kłam” i „Gipsy” są moje, a „Fly me home” i „Highbrow” Janka. Zwykle jest tak, że piszemy najpierw oddzielnie, a potem się ze sobą spotykamy i zderzamy nasze koncepcje, robimy burzę mózgów.  Taki system kontroli i rozwoju pomysłów. A o czym są? „Kłam” to typowy protest song – napisałem go, gdy byłem mocno poruszony sytuacją polityczną w Argentynie. Utwór pozwolił mi jakoś przepracować moje emocje; dał im ujście. Mój następny tekst był za to o różnych osobistych przeżyciach ze znajomymi. To pokazuje szeroką skalę poruszanej przez nas problematyki, bo piszemy o tym, co nas dotyczy.

JW: Taki zapis myśli w muzycznej formie. Najważniejsze, żeby tekst miał znaczenie dla autora, niekoniecznie musi być logiczny czy łatwo czytelny; czasem piszę rzeczy, które wydają się na pierwszy rzut oka zupełnie absurdalne. I to nie szkodzi, bo jeśli utwór w jakiś sposób ma wartość dla piszącego, to już jest cenny. To mogą docenić ludzie uwrażliwieni na muzykę, tacy, którzy jej dużo słuchają.

KS: Mnie się wydaje, że każdy w tekstach widzi to, co chce widzieć. I to jest kluczowe. Tekst daje bardzo szerokie pole do interpretacji, bo kiedy już powstanie, autor traci wyłączność na odczytywanie go; utwór zaczyna żyć własnym życiem.

Akt – II Sala prób

Zeszliśmy do sali prób mieszczącej się w piwnicy baru na ursynowskim Końskim Jarze. Na dole zwijało się jeszcze dwóch trębaczy, którzy w pośpiechu chowali instrumenty do futerałów. Od razu po przekroczeniu specjalnie tłumionych drzwi, chłopaki z Red Cape Wolf zaczęli rozkładać sprzęt, stroić gitary i podłączać masę efektów, których Janek jest najwyraźniej zbieraczem. A to wszystko wśród tego wszystkiego, co każdemu, kto kiedykolwiek grał w zespole, przypomina dawne czasy- jarzące się w półmroku diody, szumiące sprzężenia i, jakżeby inaczej, permanentny zapach potu.

WS: Czujecie się artystami?

MK: Ja uważam, że do miana „artysty” dużo mi brakuje.

AW: Ale masz artystyczną duszę! Zając jest w naszym zespole typem technika, który może popisać się niesamowitym rzemiosłem; jest z nas najlepszy od właśnie strony warsztatowej. Często trzyma nas trochę za mordę, żebyśmy podczas procesu tworzenia nie odlecieli za bardzo w kosmos. Wracając do pytania: myślę, że każdy  nas jest trochę artystą, ale nie zamierzamy bawić się w natchnionych artystów albo w nie wiadomo jakich rockmenów.

WS: Nawiązując do tego „kiedyś”: uważacie wasz zespół za długofalowy projekt?

JW: Na ogół tak. Ciężko powiedzieć coś na pewno, bo jesteśmy w takim wieku, że każdy z nas szuka i robi coraz więcej nowych rzeczy; z resztą matura i studia za pasem. Jesteśmy jednak zgodni co do tego, że dopóki Red Cape Wolf się toczy… dopóty się toczy. I nie ma co z tego wozu wyskakiwać.

KS: Jeśli chodzi o mnie, to jeżeli chłopaki wyrażą wolę, żeby pracować dalej, to ja jak najbardziej w to wchodzę. Tak długo, jak zechcą.

AW: A ja mam zupełnie odmienne zdanie. Dla mnie ta grupa jest podstawą. Nawet jeśli po drodze pojawią się inne projekty, to właśnie w ten zespół zamierzam wkładać najwięcej energii i serca. Kocham chłopaków strasznie, lubię z nimi grać. Takie relacje nie zdarzają się często. Podoba mi się to, co robimy, jak robimy  i uważam, że powinniśmy to robić dalej. Dlatego będę ten wóz toczyć.

WS: Co uważacie za swój największy sukces?

JW: Wygranie SZAFY (SZlachecki Awangardowy Festiwal Artystyczny organizowany w X LO im. Królowej Jadwigi w Warszawie).

AW: Otwieraliśmy ostatnią edycję UFO… (Unikatowy Festiwal Offowy organizowany przez II LO im. Stefana Batorego w Warszawie).

JW: Na FLAKU (Festiwal Ludzi Aktywnych Kulturalnie organizowany przez XXXIV LO im. Miguela Cervantesa w Warszawie) mieliśmy zajebisty koncert akustyczny; był dosyć popowy, z takim kameralnym, kawiarnianym nastrojem.

KS: To było coś nowego; poprosiliśmy pianistę, żeby z nami zagrał i przygotowaliśmy dwa-trzy numery akustyczne.

AW: Przerobiliśmy „Kłam” na kawałek swingowy! Taka zabawa konwencją była mega ciekawa. My w ogóle dużo gramy, będziemy grać 1 grudnia w VooDoo z Mithem i Lady Strange.

JW: Występujemy tam w ramach zimowej edycji festiwalu Quality Hard Events. Quality Hard Rock – organizacja, która za tym stoi, ma na celu pomaganie młodzieżowym zespołom wkręcać się na scenę muzyczną z prawdziwego zdarzenia.

AW: Ludzie stamtąd zauważyli, że nawet dobrym młodym zespołom jest bardzo trudno się wybić. Pomagają poprzez organizację koncertów, odpowiedni marketing, koszulki itd. Nas zauważyli na wyjątkowo udanym koncercie w Dwóch Kołach, który  graliśmy w dniu wydania EPki. Napisali wtedy o nas artykuł.

WS: Nie wszystkie koncerty się udają? Są czasem fakapy?

AW: Zawsze są, sztuka polega na tym, żeby sobie z tym poradzić. Koncert bez fakapu nie ma sensu.

KS: Z tym ostatnim zdaniem to się raczej nie zgodzę.

JW.: No np. na UFO byliśmy blisko przypału, bo trochę za późno dotarłem do Batorego.

AW: Pięć minut przed wyjściem na scenę Janek przekroczył próg szkoły. A my z Krzyśkiem obgryzaliśmy sobie paznokcie ze zdenerwowania.

KS: Mnie się wydaje, że nasz pseudokoncert na Orlen Warsaw Marathonie był takim typowym fakapem. Weszliśmy dwie godziny później, niż to było ustalone.

JW: Ale to dlatego, że poprzedni zespół nie mógł zejść z trasy, bo ciągle ludzie biegali. Dlatego, kiedy wreszcie tłum się przerzedził i udało im się wydostać, bieg już się skończył, a my zrobiliśmy sobie próbę na świeżym powietrzu.

AW: W połowie zaczął padać tak straszny grad, że musieliśmy uciekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *