Może nie żyję, ale nie znaczy to, że nie jestem na czasie

Wywiad z Karolem Ludwikiem Monteskjuszem*.

Tymoteusz Ogłaza: Kim pan jest?

Monteskjusz: Prawnikiem, filozofem, pisarzem, poetą…

T.O: Prawnikiem i poetą?

M: Dokładnie tak. XVIII-wieczny myśliciel nie może sobie pozwolić na granice. Oświecenie to w końcu epoka ludzi renesansu.

T.O: Egzotyczne połączenie.

M: Ależ nie. Wystarczy się rozejrzeć wokół siebie. Ilu każdy z nas zna ludzi zafascynowanych z pozoru odległymi dziedzinami życia. Świat jest zbyt ciekawy, a rozum ludzki zbyt potężny, żeby się ograniczać do jednego zagadnienia. To jest widoczne również w liceach. Dlaczego uczniom tak ciężko się zdecydować na wybór studiów? Oni wiedzą, co ich interesuje, ale nie wiedzą, co najbardziej. Oczywiście można mówić o innych powodach, jak praca. Myślę jednak, że te wątpliwości wynikają głównie ze strachu przed zamknięciem sobie drogi do rozwijania różnych pasji.

T.O: Jednak kierunek studiów nie wyznacza przecież granic naszym zainteresowaniom.

M: Oczywiście. I to jest niestety wina szkoły, że pozwala uczniom tak myśleć. Proszę zauważyć, jak postrzegana była rola edukacji publicznej, gdy o nią walczono, a jak postrzega się ją teraz. Różnica jest ogromna.

T.O: Na czym ona polega?

M: Pamiętam jeszcze, jak w swoich dziełach ukazywałem konieczność istnienia państwowej edukacji co najmniej w republikach. To były zupełnie inne czasy. Takie postulaty nikomu się nie śniły. Można powiedzieć, że były gorzej niż lewackie (śmiech). Tymczasem ledwie dwadzieścia lat po mojej, nieodżałowanej, śmierci u was w Polsce działała już Komisja Edukacji Narodowej. Co sprawiło, że pojawiła się potrzeba wkroczenia państwa w sferę oświaty? Nie wspominam tu nawet o obowiązku szkolnym, którego wprowadzenie determinowały te same cele.

T.O: W przypadku Komisji Edukacji Narodowej z pewnością palącą koniecznością było wychowanie nowego pokolenia Polaków w duchu reformatorskim.

M: Otóż to. Cała filozofia. U podstaw tak państwowego systemu oświaty, jak i obowiązku szkolnego, leżała chęć, nazwijmy rzeczy po imieniu, typowego prania mózgów. Ja starałem się udowodnić, że państwo rządzone przez lud musi mieć kontrolę nad edukacją swoich obywateli. Byłoby rzeczywiście sprzeczne z racją stanu podobnego kraju, gdyby jego władze zupełnie zlekceważyły potrzebę sprawowania choćby częściowej pieczy nad wychowaniem obywatela. W Polsce dochodziła jeszcze konieczność przeciwstawienia się złym aspektom szlacheckiej tradycji przekazywanej w domach. Państwo po prostu dostrzegło, że w jego interesie jest pośrednie kształtowanie nowych pokoleń.

T.O: Mówił pan o wielkiej różnicy. Czy obecnie jest inaczej?

M: Diametralnie źle nie jest, ale już widoczne są niepokojące tendencje. Celem szkoły publicznej staje się przygotowanie ucznia nie do życia w społeczeństwie według ważnych dla państwa reguł, ale do konkretnej pracy i nic poza tym. Jakże często mówi się obecnie o potrzebie „zmiany systemu edukacji pod kątem potrzeb rynku pracy”. A ja pytam: od kiedy to naczelnym zadaniem państwowej edukacji jest przygotowanie ucznia do pracy?

T.O: Nie rozumiem. Pan, jeden z najsławniejszych filozofów oświecenia, nawołujący swego czasu do wyzbycia się zabobonów i kroczenia drogą rozumu, lekceważy naukę fizyki czy chemii?

M: (śmiech) Boże broń! Ja jedynie pragnę, by przywrócono pewnym sprawom podstawowe pojęcia. Państwo, a już na pewno demokratyczne, nie może zapomnieć, jaki jest nadrzędny cel edukacji publicznej. Tym celem nie jest dobry pracownik, tym celem jest dobry obywatel. Ktoś powie, że prezentowane podejście nie ma nic wspólnego z wolnością, ponieważ wykorzystuje się szkołę do wpajania narzuconych z góry poglądów. Ale tak samo postępuje społeczeństwo chcące walczyć z przestępczością: ogranicza czyjąś swobodę, żeby zachować ją u wszystkich. To jest dokładnie ten sam mechanizm. Problem tkwi tylko w tym, że w przypadku więzień wyraźnie widać, jak na podobnym zniewoleniu skorzystał ogół obywateli. Edukacja publiczna, bez wątpienia mająca większe znaczenie dla dobra państwa niż utrzymywanie zakładów karnych, wydaje owoce dopiero po jakimś czasie, na dodatek mało rzucające się w oczy.

T.O: Jakie więc wartości powinna przekazywać szkoła publiczna?

M: Miłość do ojczyzny wydaje się tu oczywista. Jeśli państwo ma przetrwać, nie powinno jedynie wspierać rodziców w nauczaniu patriotyzmu, ale aktywnie uczestniczyć w tym procesie. Nie może sobie pozwolić na pozostawienie tej kwestii niepewnej. Ponadto nie powinno nikogo dziwić, że państwowa szkoła propagować będzie szacunek do panującego ustroju. Wiem, że może się to źle kojarzyć w kontekście polskich doświadczeń z komunizmem. W tamtych czasach rzeczywiście szkoły robiły wszystko, żeby młodych ludzi zaprogramować tak, jak chce tego władza. Jednak teraz naród sprawuje kontrolę nad rządzącymi i to daje nadzieję, że propagandowa moc szkoły publicznej nie zostanie do końca wykorzystana, a indywidualne poglądy, sprzeczne z głównym nurtem, do końca stłamszone. Zwłaszcza, że obok publicznych istnieją też szkoły prywatne.

T.O: Czy rzeczywiście naród sprawuje kontrolę? Wielu ludzi wątpi w to, że obywatele mają wpływ na działania państwa.

M: Mówiąc wprost: do demokracji nikogo nie można przekonać, nikogo nie można zmusić. Wyraźnie pisałem o tym już w połowie XVIII wieku. Demokracja to ustrój, który będzie działał tylko w przypadku rzeczywistej chęci ze strony obywateli do pełnienia roli suwerena. Dlatego tak szalenie ważna jest w takim systemie rozwinięta edukacja publiczna. Jeśli źródłem władzy w państwie jest naród, to również naród ponosi za nią odpowiedzialność. Kogo należy winić za kiepską klasę polityczną? Naród! Kto odpowiada za utrzymywanie się skorumpowanych ludzi na stanowiskach? Naród! Jeśli pan mówi o tym, że obywatele wątpią w swój wpływ na państwo, to tak jakbyśmy rozmawiali już o innym systemie. Narzekający na swoją niemoc w demokracji transparentnej, w której prawo stanowią i wykonują wybrani przez naród przedstawiciele, są zapewne niewyedukowani. Po raz kolejny świadczy to o silnej potrzebie dobrej edukacji publicznej.

T.O: Przykro mi, ale nie mogę się z panem zgodzić. Nie jest winą obywateli, że polityk kradnie. Nie jest ich winą, że utrzymuje się w tajemnicy afery, które z pewnością doprowadziłyby do upadku skorumpowanych urzędników.

M: Nie, ależ oczywiście, że nie. Dlatego zaznaczyłem dwie najważniejsze kwestie, które muszą być w prawdziwej demokracji spełnione. Transparentność oraz wyłanianie władz w wyborach. Wy w Polsce macie problem zarówno z pierwszym, jak i z drugim. Jest to całkowicie normalne. Pamiętajmy, że ja opisuję tu sytuację idealną, czyli do czego należy dążyć. Problem z tymi kluczowymi sprawami istnieje właściwie wszędzie w różnym stopniu.

T.O: Co należałoby zatem zmienić w Polsce, żeby zbliżyć się do tego ideału?

M: Cóż. Przede wszystkim należy zmienić ordynację wyborczą. Można mi zarzucić, że jestem w tej mierze konserwatywny, ale za moich czasów nie znano innej metody wybierania posłów, jak głosowanie. Ten kandydat, który otrzymał więcej głosów, zdobywał mandat. W Polsce, jak zresztą w wielu krajach, gdzieś w ten proces wkradła się kalkulacja. Nie tyle ważna jest ilość oddanych na kandydata głosów, co numer, przydzielony mu przez lidera formacji, z której list startuje. Ponadto niezmiernie dziwi mnie, że funkcjonują u was dwa ośrodki władzy wykonawczej (rząd z premierem na czele i prezydent – przyp. red.), z czego ten wybrany w wyborach powszechnych ma o wiele mniejsze kompetencje. Dochodzi u was do takich absurdów, jak możliwość łączenia funkcji w rządzie, a więc władzy wykonawczej, z zasiadaniem w parlamencie, czyli władzy ustawodawczej. Przecież to jest jawne zaprzeczenie świętej zasadzie trójpodziału władzy!

T.O: A co z tzw. czwartą władzą? Wraz z postępem technologicznym jej wpływ na opinię publiczną znacząco się zwiększył. To prowadzi do zagrożenia manipulacją na wielką skalę. Czy nie powinno się jakoś temu przeciwdziałać, zdejmując z narodu ciężar decyzyjny w sprawach naprawdę istotnych?

M: Czwarta władza? Istnieją tylko trzy: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Nie mniej, nie więcej. Zapewne chodzi panu o media. Jeśli jednak wierzymy w to, że ludzie nie są dość mądrzy, by oprzeć się sączonej do ich głów propagandzie, to dlaczego wciąż wspieramy demokrację? Manipulacje faktami były, są i będą. Nie wierzyć w rozum obywateli, to jak z miejsca opowiedzieć się za monarchią. U demokraty mocno zdziwiłby mnie podobny argument. Może nie żyję, ale nie znaczy to, że nie jestem na czasie. W Internecie obywatel sam może wyszukać informacje opisywane tak, jakby sobie tego życzył. Postęp w technikach komunikacyjnych służy więc demokracji, a nie jej zagraża.

T.O: Zbliżamy się do końca. Czy jest coś, co chciałby pan przekazać młodym ludziom, naszym Czytelnikom?

M: Jestem człowiekiem z innej epoki, więc pozwolę sobie na trochę patosu. Nigdy nie traćcie wiary w demokrację, nie dajcie się przekonać populistom. Ma ona swoje wady, nad którymi trzeba pracować, jednak alternatywą zawsze będzie system, zapewniający wprawdzie spokój, ale podobny raczej do tego panującego w miastach, w których mury już wkracza nieprzyjaciel.

T.O: Bardzo dziękuję za wywiad.

M: Dziękuję.

*wszelkie podobieństwa do osoby Karola Ludwika Monteskiusza przypadkowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *