„Tamte dni, tamte noce”, ta recenzja

Mówmy o wszystkim otwarcie, nawet jeśli nie nazywamy rzeczy po imieniu – tak można by ten film streścić, gdyby go czytać bez kontekstu. Na szczęście konteksty są, jest ich wiele i pozwalają wydobyć ogromną głębię z obrazu na pozoru „po prostu ładnego”.
Rzadko recenzuję filmy, jednak dzieła tak wyrazistego nie mogłam sobie odpuścić: oto więc moje spostrzeżenia po filmie „Tamte dni, tamte noce”.

Klucz, otwarcie

Pierwsza rzecz, to że myślę o wakacjach, skwarze i morelach. Druga, że o lekcjach polskiego i teatrze antycznym. Trzecia, że jestem matematyczką i dlatego zapis nawiasów w tekście jest matematyczny. A czwarta, że reżyserem jest Luca Guadagnino, scenariusz napisał James Ivory na podstawie książki André Acimana. Występują Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar i Esther Garrel. Nic wam te nazwiska nie mówią? Świetnie, bo mi też.

Qui a dit que c’était un film romantique?
(Kto powiedział, że to romans?)

Melodramat, owszem, choć to określenie nie kojarzy się najlepiej. Ale żeby od razu romans? Serio? To, że osią filmu jest romans, wcale nie znaczy, że film jest gatunkowo romansem. Może to kwestia tego, że nie mamy w języku polskim określenia na filmy (tudzież książki) z gatunku „coming of age” („o dojrzewaniu”). Zresztą, nie tylko na to brakuje mi w polszczyźnie słów; bo jak można opisać dzieło tak wielobarwne brzmieniowo (przeplatające się przez cały film angielski i francuski tworzą cudną opozycję brzmieniowo – znaczeniową, a pojawiający się włoski i ta scena częściowo po niemiecku tylko dodają kolorytu) ograniczając się do – jakże bogatego – ale jednego tylko języka?

Z problemem tym zetknął się też polski dystrybutor filmu: nie trzeba być tłumaczem, by wiedzieć, że „Call me by your name” znaczy coś innego niż „Tamte dni, tamte noce” [Najwierniejszym treściowo tłumaczeniem byłoby chyba „Mów do mnie (zwracaj się) swoim imieniem”] I choć obydwa tytuły do filmu pasują, to każdy z nich narzuca inną percepcję [co doskonale widać w recenzjach (zwłaszcza polskich, mówiących o „świetnym romansie”). Gorzej od nas poradzili sobie tylko Serbowie z Bośni i Hercegowiny, którzy nazwali film „Ukryta miłość”. Serbowie z Serbii dali radę przetłumaczyć tytuł dosyć wiernie.]

Plakat filmowy, za twitter.com/CMBYNFilm

Niente da nascondere
(Nic do ukrycia)

Od początku (od przeczytania plakatu; to się chwali, że dopiero po przeczytaniu, a nie rzuceniu okiem na plakat) wiemy, że ważnym wątkiem będzie gejowski romans. Stanowi on główną oś fabularną, ale nie dominuje filmu (rzadkie a wybitne osiągnięcie). Ponadto jest bardzo subtelny [bliżej mu do „Tajemnicy Brokeback Mountain” niż „Życia Adeli” (tj. „Blue is the warmest colour”)] i, co zaskakujące, jednocześnie otwarcie traktujący o tzw. „pewnych sprawach”. Dziwi to oczywiście tylko w kontekście osadzenia akcji w roku 1983 we Włoszech, nie w kontekście współczesnej kinematografii. Choć nie wiem czy dziwić powinno: wszak przedstawiona w filmie rodzina jest do cna inteligencka (w najlepszym tego słowa znaczeniu), otwarta i nieco „nowoczesna” (kto czytał ten trąba).

Tło stanowi również wszechobecna (za sprawą ojca-profesora) kultura antyczna; otwarcie komentowane pod względem estetycznym grecko-rzymskie rzeźby, czytywane i tłumaczone dzieła antycznych filozofów czy dyskutowane niby to mimochodem zagwozdki etymologiczne. O brzoskwiniach, które tą sceną wprowadzone, przewijają się przez cały film, przypominając o słodkości letniej scenerii.

Wunderschöne Landschafte Bewunderung
(Podziwianie pięknych krajobrazów)

Sceneria to ogromny atut filmu. Od pierwszych ujęć dałam się wciągnąć klimatowi rodzinnej willi kawałek od małej wioski „gdzieś w północnych Włoszech”, a przecież we Włoszech nigdy nie byłam, a klimatu tego doświadczyłam jedynie przebywając w wakacje na wsi na Kielecczyźnie. Na ekranie było wszystko, co znamy z długich, leniwych letnich miesięcy spędzanych corocznie u babci na wsi: lejący się z nieba żar i kilka letnich burz, rowerowe wycieczki do miasteczka po sprawunki i wypady ze znajomymi nad jezioro, nocne schadzki i dyskoteki, ochłoda zimnych górskich źródełek i zmęczenie zrywania owoców w sadzie.

Trochę ni z gruszki, ni z pietruszki pod koniec filmu sceneria się zmienia, najpierw nieznacznie, później drastycznie, co potęguje efekt groteskowości finałowych sekwencji. Których naprawdę, naprawdę mogłoby nie być. (Ostatnią scenę można by przenieść dwie sekwencje wcześniej, tak?)

When all is said and done
…there is still something to say.
(Gdy wszystko zostało już powiedziane/film nadal ma coś do dodania.)

To chyba największy mankament tego obrazu: zakończenie. Nie chodzi mi o treść, chodzi o sposób rozwiązania akcji. Bo trzeba wiedzieć, że, jak w dramacie antycznym (!) wszystkie wątki są zamykane, wszystkie motywy wyjaśniane, a wszystkie sprawy – nazywane po imieniu. Plus z tego taki, że film stanowi wydzieloną a zarazem kompletną całość (czyż nie jest to charakterystyczne dla letnich romansów?), minus – że ostatnie sekwencje zupełnie nie pasują do reszty filmu (a, jak już wspominałam, można by to rozegrać inaczej…). Łamie to zasadę jedności miejsca, pozostaje nam więc tylko jedność czasu, którą, znowu, burzy ostatnia, epilogowa scena. Możemy próbować wpisać ten obraz w schemat dramatu antycznego.

Konflikt tragiczny

O ile jest, to nienachalny. Bo film skupia się na bohaterach, przede wszystkim na ich dorastaniu do pewnych decyzji. Owo dorastanie dotyczy zarówno żegnającego się z dzieciństwem Elii, jak i starszego, bardziej doświadczonego Oliviera – pozostaje jednak poza zasięgiem ojca i matki głównego bohatera, którzy mogą już tylko obserwować i komentować decyzje syna. Rodzice przejmują niejako rolę zarezerwowaną w antyku dla chóru: opisują akcję, sugerują, co myśleć i jak oceniać mające miejsce wydarzenia, wreszcie ich pojawianie się dzieli akcję na części.

Bardzo ciekawie gra też różnica wieku między bohaterami: jakieś 10 lat, gdy młodszy z nich ma lat 17, to sporo. Nie jest to jednak pretekst do zarysowania jasnej opozycji młodość/starość czy doświadczenie/zieloność. Obydwaj bohaterowie mają swoje przemyślenia, lęki, momenty śmiałości i próby ucieczki, obydwaj są równie niepewni, choć każdy na swój sposób.

Wszyscy znamy leniwe, gorące popołudnia, za twitter.com/CMBYNFilm

„Later”

Jako podobne filmy wyszukiwarka Google proponuje m.in. „Tajemnicę Brokeback Mountain” i „Życie Adeli”. Jest w tym jakaś racja, bo „Tajemnica Brokeback Mountain” (reż. Ang Lee) jest równie (może nawet bardziej) subtelna, a podobieństwa głównego wątku ukryć się nie da. Z kolei „Życie Adeli” [reż. Abdellatif Kechiche, ang. „Blue is the warmest colour”; jak ja uwielbiam ten tytuł (choć francuski oryginał to „la vie d’Adele”)] ma do „Tamtych dni” podobne tempo (spokojne) i rodzaj: „coming of age movie”.

Jednak pierwszym obrazem, który przyszedł mi na myśl po obejrzeniu „Call me by your name” był „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa. Zeszłoroczny zdobywca Oskara za najlepszy film („Tamte dni” są nominowane w 4 kategoriach, m. in. za najlepszy film i za scenariusz adaptowany) był podobny pod wieloma względami: „coming of age”, relacje homoseksualne, nie-tacy-typowi amerykanie…. Jednak to podobieństwa ogólnikowe. (Czyżby trendem stało się robienie filmów o wszelkiego rodzaju mniejszościach? Włosko-francusko-amerykańscy Żydzi to z pewnością mniejszość, podobnie jak homoseksualni, czarnoskórzy gangsterzy.)

מוזיקה [muzika]

Dwie pozostałe nominacje Oskarowe to aktor pierwszoplanowy (dla Timothée Chalame’a; nie znam się na grze aktorskiej, ale mnie przekonał) i piosenka („Mystery of love” Sufjana Stevensa). Ta piosenka boli. Sama w sobie jest ładna, nic do niej nie mam – ale razem z dwiema sobie podobnymi (być może to ten sam utwór rozłożony na kilka scen) burzy decorum filmu. Mamy te Włochy, te lata 80’, białe skarpetki i muzykę z epoki na dyskotekach i w radiu, mamy przewijający się i wielokrotnie interpretowany motyw z Bacha (majstersztyk) i nagle (jak Filip z konopi) wyskakuje piosenka do cna współczesna, wręcz skrojona pod Oskara.

Są głosy, że to zburzenie konwencji służy nadaniu filmowi uniwersalnego wymiaru. Jasne. Jakby dostatecznie uniwersalne nie było… wszystko inne. Bo, uwierzcie mi, każdy, kto choć raz w życiu spędzał wakacje na wsi, przeżył letni romans, jadł morele, został porzucony, interesował się kulturą antyczną, zakochał się nie-tak-jak-trzeba (mam na myśli jakiekolwiek niechciane zauroczenie) lub choćby kąpał się w jeziorze, może odnaleźć w tym filmie swoją historię. Pokusiłabym się nawet o to, że może przeżyć katharsis.

Klucz, zamknięcie

Różnie można więc czytać „Tamte dni, tamte noce”. Interpretacja w kluczu teatru antycznego ma, moim zdaniem, najwięcej sensu, bo poprzez zuniwersalizowanie, a jednocześnie spersonalizowanie przekazu daje szanse na wyrwanie się z getta filmów emocjonalno-erotycznych. And there’s so much more about this movie! (A w tym filmie jest przecież o wiele więcej!)

Uważam, że im bardziej osobiście odniesie się do filmu, im bardziej pozwoli się sobie w jego odbiciu zweryfikować własne doświadczenia, tym bardziej stanie się on zrozumiały i sensowny. A dużo mniej romantyczny.

Gorąco polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *