Ta książka z piersiami – recenzja „Jak zawsze”

Kto nigdy nie chciał cofnąć się w czasie, żeby naprawić coś w swoim życiu, niech pierwszy rzuci kamieniem. A kto jeszcze nie czytał najnowszej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, niechaj uderzy się w pierś.

Popuśćmy wodze fantazji. Wyobraźmy sobie setki możliwych scenariuszy na ponowne przeżycie, wydawać by się mogło, niepowtarzalnego. Można do woli bawić się siatką połączeń, które doprowadziły do konkretnych wydarzeń, tu skracając, tam dodając nowe oczka. Oczywiście przy zachowaniu pełnej świadomości i całego bagażu doświadczeń. „Jak zawsze” jest właśnie takim intelektualnym eksperymentem – zadaniem pytania „co by było gdyby” i próbą uzyskania odpowiedzi. A to wszystko okraszone ironią i kunsztownie zbudowaną fabułą w formie psychologizującej komedii romantycznej.

Nie jest to z pewnością gatunek, do którego przyzwyczaił nas Miłoszewski. Czy chciał udowodnić, że nie jest autorem jednego bohatera i pisarzem na jedną modłę? Tego nie wiemy, ale już pierwsze kilkadziesiąt stron ujawnia, że nie jest to tylko opowieść o drugiej szansie dla podstarzałej pary głównych bohaterów. I chociaż perypetie idealizujących i, finalnie, konfrontujących przeszłość staruszków, są arcyciekawą osią wydarzeń, to wydają się swoistym pretekstem. Przynętą, dzięki której nadziewamy się na haczyk.

Pisarz daje rzeczoną szansę także Polsce. Co by było, gdyby losy naszego państwa po II Wojnie Światowej potoczyły się nieco inaczej? Może zgodnie z teorią chaosu; jedno zaburzenie, jedna decyzja tudzież przypadek, mogłyby diametralnie odwrócić karty historii? A może z uwagi na rozmaity zespół uwarunkowań wszystko rozegrałoby się tak samo? Miłoszewski proponuje nam więc klasyczny topos walki fatum z woluntaryzmem, ale co z tego wyniknie, przekonajcie się sami.

„Ta książka z piersiami”, która miała swoją premierę 8 listopada 2017, zdaje się nie tracić na popularności. Nie zniknęła z księgarnianych półek, wciąż można przyuważyć  jej charakterystyczną okładkę w rękach autobusowych czytelników. Co zadecydowało o sukcesie tej pozycji? Protokolarnie konstruowane opisy alternatywnej wersji Polski, lekkość stylu, ironizujący cięty dowcip? A może to właśnie ta, krytykowana przez recenzentów, bardzo czytelna satyra na nasze czasy, która swoją oczywistością sprawia, że każdy może poczuć się jak Boy-Żeleński, błyskotliwie odnajdujący drugie, trzecie i dziesiąte dno w utworze?

To by oznaczało, że autor nie tylko opanował sztukę przykuwania słowem do fotela po mistrzowsku, ale także, że jest wytrawnym manipulatorem. Nie będziemy oskarżać Zygmunta Miłoszewskiego o nic takiego. Uznajmy zatem, że ten nieszczęsny poziom meta jest tą słabszą częścią powieści.

Albo, bardziej dyplomatycznie, że część dosłowna i stricte fabularna zawiesiła poprzeczkę zbyt wysoko, żeby docenić ukryte pomiędzy nimi przesłanie. Zastanawiam się, czy jedna z bohaterek powieści, która deklaruje, że czyta tylko ambitną literaturę, bo na inną szkoda jej czasu, sięgnęłaby po „Jak zawsze”. Na szczęście nie musimy się z nią utożsamiać. Możemy zrobić sobie gorącą czekoladę, wsypać do niej połowę zawartości cukierniczki, opatulić się kocem i dać się porwać tej guilty pleasure. Jak mawiał Mikołajek Goscinny`ego i Sempe`ego: „no bo co w końcu, kurczę blade!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *