Herosi pod presją

W pałacyku mieszczącym się przy warszawskiej ulicy Dobrej często dzieją się niecodzienne rzeczy. Teraz, na przykład, jedna z sal wypełniona jest przedziwnymi postaciami. A właściwie – ludźmi, którzy w te postaci próbują się przepoczwarzyć.

Wchodzę bez pardonu do przebieralni – wielkiego kokonu, w którym następuje proces zbiorowej transformacji.
A tam ktoś do siebie mamrocze, ktoś biega w tę i we w tę, ktoś wyskakuje przez okno (na szczęście sala jest na parterze), żeby sprawdzić pogodę, ktoś jest malowany i ktoś kogoś maluje, ktoś powtarza rolę z zamkniętymi oczami, a jeszcze inny siedzi i w milczeniu gapi się w ścianę. Bo wcielanie się w rolę to nie tylko odpowiedni strój i przekonanie widza, że się jest kimś innym; to przede wszystkim przekonanie do tego samego siebie.

Wchodzę więc w tej intymnej chwili; wchodzę w chwilę półnagich i na wpółumalowanych studentów, którzy nawet na mnie za bardzo nie zwracają uwagi, ani nie dziwią się moim widokiem.
Ćwiczą, stroją miny i stroją ciała w całą gamę kontrastowo zestawionych kostiumów. Niektórzy nie wyglądają, jakby byli przebrani. Ktoś jest w piżamie, a ktoś w garniturze. Niektórzy mają na twarzy łuski, inni zmieniają na potrzebę przedstawienia płeć. Ten, który stoi za oknem, spogląda niepewnie w niebo i oświadcza, że chyba będzie padać. „Co z tego?” –„Jak to co? Będziemy tu [na zewnątrz] skakać!”. Słychać przebąkiwania, że ludzi na widowni ma być zbyt dużo, że się nie zmieszczą, a do dyspozycji jest zbyt małe pomieszczenie. Z grzeczności dołączam się do ubolewań, ale nie chce mi się wierzyć w te rzekome tłumy na amatorskim spektaklu. Z resztą niewiele rozumiem, nie pomaga mi nawet skrypt z opisem przedstawienia. Na szczęście nie pomaga mi tylko na razie.

Gdy przechadzam się po budynku biurowym kolegium Artes Liberales, rozmawiam z organizatorami, bo doprawdy nie wiem co ja z tym przedstawieniem pocznę i jak je opiszę
I coś mi szepcze, że to był zły pomysł, żeby się tak od razu deklarować i jeszcze z tą deklaracją wyskakiwać. Palnąłem bowiem, że skoro koleżanka gra w sztuce, to ja z przyjemnością napiszę recenzję. A ja nawet recenzji nie umiem pisać i kiedyś mnie nawet w Krakowie na warsztatach ochrzaniono, że „rozmaślam” krytyczne teksty i leje wodę strumieniami, że nic z tego nie wynika. Wracam, zajmuję miejsce i czekam. I im mniej czasu do spektaklu, tym na korytarzu gwarniej. Ktoś krzyczy, że więcej niż miało być i że nie pomieszczą. I faktycznie – po dwóch stronach sali, gdzie ustawiono krzesła (scena jest na środku), ludzi gromadzi się więcej niż miejsc, na chwilę przed rozpoczęciem większość siedzi na podłodze albo stoi. Akcja.

Na scenie widzimy faceta w piżamie. Leży na łóżku, nietrudno się domyślić, szpitalnym. Umiera.
I po kolei, na chwilę przed zbliżającą się śmiercią, przychodzą do niego zjawy. Nie mamy stuprocentowej pewności, czy te zjawy pojawiają się naprawdę, czy może są ewokowane jedynie przez wyobraźnię konającego. Nasuwa nam się od razu analogia do „Opowieści wigilijnej”, ale u Dickensa wspólnym dla zjaw było kryterium czasu; to on je określał i nadawał im sens. Tutaj duchy są z przeróżnych porządków; niektóre żyły albo żyją naprawdę – są postaciami historycznymi, czasami z historii najnowszej. Jeszcze inne to bohaterowie świetnie znanych nam tekstów kultury, a pozostali powstali na potrzeby przedstawienia. Występują w rolach bohaterów, antybohaterów lub trudno-powiedzieć-czy-bohaterów. Mówią rzeczy mądre, proste, dziwne lub kontrowersyjne; każdy widz musi rozważyć sens wypowiadanych przez nich zdań samodzielnie. Oprócz tego, że mamy się nad tymi zjawami zastanowić, to jeszcze mamy się w nich przejrzeć – skonfrontować z nimi swoje własne poglądy, postawy i śmieszności. Podpowiedzią i zachętą do tego eksperymentu intelektualnego jest również plakat [patrz: grafika wyróżniająca] i tytuł przedstawienia („O herosach i ludziach”). To wszystko doprowadza do pewnej indywidualizacji przeżyć.

I tu się pojawia archaiczny, odwieczny problem recenzenta:
Jak opisać coś, do czego opisania najlepiej byłoby przytoczyć stosowny materiał egzemplifikujący w charakterze poszczególnych scen, rozwiązań artystyczno-technicznych i bohaterów, bez odbierania przedstawieniu tak cennych elementów zaskoczenia? Wiem, że każde zdanie bazujące na konkretach odbierze widzowi część intelektualnej rozrywki, więc powinienem skupić się na rzeczach ogólnych; takich meta-rzeczach, które zwróciły moją uwagę, i taką rzeczą jest przede wszystkim podjęta problematyka przedstawienia. Bowiem dotyczy ona zarówno piszącego te słowa, jak i tego, który mruży nad nimi teraz oczy; sztuka traktuje o immanentnej i permanentnej presji z jaką żyć musi człowiek przygniatany ze wszystkich stron przez kulturę, która zaopatrzona w dwudziestopierwszowieczny arsenał, w swoich żądaniach i oczekiwaniach jest groźna jak nigdy dotąd. Głównie dlatego, że wywierając wspomnianą presję, wywiera ją od wewnątrz. Przedstawienie nie unika zatem kontrowersyjnych, zupełnie nieabstrakcyjnych tematów politycznych, historycznych i obyczajowych, jednocześnie nie stając po żadnej stronie i nie odpowiadając na żadne nasze pytania – dodając zamiast tego kilka nowych. Przeżywając swoiste katharsis pod koniec tego multimedialnego dzieła, jesteśmy przede wszystkim zaniepokojeni, ale zaniepokojeni jakoś mądrzej.

Taki stan rzeczy nie byłby możliwy bez niezależności twórców, której nie osiągnie nikt działający komercyjnie.
Pozwolę sobie również zaryzykować stwierdzenie, że nie byłby również możliwy, gdyby ci twórcy nie byli twórcami amatorskimi; bez mimowolnej autocenzury i wiedzy, że się czegoś nie da. Pozwoliło to na zastosowanie nie tylko niekonwencjonalnej konstrukcji fabuły, ale również na niebanalne podejście do strony technicznej przedstawienia, zrobiwszy to ze smakiem, wyczuciem i korzystając z poszczególnych narzędzi w sposób uzasadniony. I mimo nieuniknionych potknięć, pod tym względem również przedstawienie bardzo dobrze się broni. Wspomniane wcześniej aluzje do historii, polityki lub kultury – płaszczyzn czytelnych dla odbiorców, czyni spektakl zwyczajnie zrozumiałym i relatywnie łatwym w interpretacji. Co przy tak wielopłaszczyznowej i z pozoru skomplikowanej fabule, musiało być dla twórców nie lada wyzwaniem. Dzięki temu pod koniec wszystko zamyka się w logiczną całość, a nas ogarnia miłe przeświadczenie, że nie tylko obejrzeliśmy ambitną sztukę, ale i ją zrozumieliśmy. I może chociaż pod tym względem faktycznie jesteśmy herosami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *