Star Wars znowu w kinie. Recenzja „The Last Jedi”.

Jak co roku, w pewien mroźny grudniowy wieczór, rodziny i starzy przyjaciele znajdują dla siebie trochę czasu,
by pewnej wyjątkowej tradycji stało się zadość. Pierwsza gwiazdka już dawno pojawiła się na niebie, ale kto by tej nocy chciał obserwować gwiazdy z daleka? Na prawdziwą magię trzeba będzie jednak zaczekać do czasu, kiedy wejdzie się
w końcu do pomieszczenia okrytego półmrokiem. Tak. To znowu ten długo wyczekiwany  czas w roku. Premiera „Gwiezdnych Wojen”.

Star Warsomania
Kiedy dwa lata temu The Walt Disney Company reaktywowało nieśmiertelną franczyzę, byliśmy świadkami prawdziwej star warsomanii, która od chwili wyemitowania pierwszego trailera, stała się najważniejszym filmowym wydarzeniem roku. W sieci zaroiło się od przeróżnych fanowskich teorii, przypuszczeń i dociekań, dotyczących rozwiązań fabularnych w pierwszych od dekady „Star Warsach”.  Jedno wielkie szaleństwo. Co właściwie w serii, której akcja dzieje się „dawno dawno temu w odległej galaktyce” jest takiego wyjątkowego? Odpowiedź na to pytanie można poznać, zadając kolejne: jakie miejsce w popkulturze zajmują „Gwiezdne Wojny”? A zajmują niebagatelne.

I chyba faktycznie tak jest, że „Star Wars”, począwszy od końca lat 70tych, funkcjonują w naszej świadomości i percepcji odbioru kultury, jako pewien constans; nawet jeśli nie na pierwszym planie, to zawsze gdzieś obok.  Dowodów na to, jakim popkulturowym fenomenem
jest saga, otoczenie dostarcza mi nawet teraz – w chwili, gdy piszę te słowa. Wierzcie mi lub nie, ale przed chwilą w „Simpsonach”, gdzieś
na drugim planie właśnie dostrzegłem plakat z Lordem Vaderem, chociaż odcinek nie ma z nim nic wspólnego. On sobie tam po prostu
wisi – jako symbol kultury masowej, który ma zostać szybko, praktycznie bezwiednie odczytany przez odbiorcę. Najlepsze jest to,
że żeby ten symbol rozpoznać, nie trzeba nawet znać filmów. A skoro o filmach mowa…

 

Część VIII:  „Ostatni Jedi”
Festynowa atmosfera towarzysząca premierze „Przebudzenia Mocy”, stygła z każdym kolejnym filmem; z wrzącej w 2015, w 2016,
przy „Łotrze 1”, jeszcze parującej, w tym roku ostudziła się do zaledwie gorącej. Nie przeszkodziło to oczywiście licznym spekulacjom
na temat rozwiązań fabularnych w filmie Riana Johnsona, mniej lub bardziej prawdopodobnym spoilerom i niecierpliwemu oczekiwaniu. Sama produkcja, która wczoraj miała swoją prapremierę, już zdążyła zebrać pozytywne recenzje. Czy słusznie?

Z całą pewnością film będzie satysfakcjonujący dla każdego fana serii, bo nie brakuje w nim licznych nawiązań do poprzednich części. Jednak stała intertekstualność pomiędzy nowymi, a starymi odcinkami sagi, świadczy o pewnej obawie przed odejściem od utartych schematów i bezpiecznych zagrań, które już kilkukrotnie (sic!) się sprawdziły. Dlatego to, co daje pewność, że owładnięte nostalgią kolejne pokolenia fanów wzruszą się i zamruczą pod nosem „kiedyś to było!”, wydaje się być także słabością produkcji. Zjawisko to jednak
nie dotyczy ósmej części aż w takim stopniu, jak dotyczyła Star Warsów J.J. Abramsa, co daje pewną nadzieję na to, że w przyszłości producenci odważą się wydać zupełnie nową historię osadzoną w tym nieśmiertelnym uniwersum.

Jeśli zaś chodzi o postaci, to trudno wyróżnić kogokolwiek. Może poza jednym przypadkiem. Aktorsko bowiem najbardziej popisał się Mark Hamil (Luke Skywalker). Jego pogłębiona kreacja postaci, czemu przysłużyła się m.in. swego rodzaju polifonia, zaskakiwała i skłaniała
do wyjątkowo głębokich, jak na tego rodzaju filmy, refleksji. Na uwagę i parę słów uznania zasługuje także Benicio del Toro, wcielający się w pewną epizodyczną postać i oczywiście Daisy Ridley (Rey) wraz z Adamem Driverem (Kylo Ren), którzy okazali się naprawdę nieźli
w budowaniu atmosfery napięcia i niepewności. Co nie oznacza, że inni aktorzy byli beznadziejni.

Ze względu na zbyt ubogi aparat pojęciowy, nie podejmuję się opisania audiowizualnej strony filmu, która była niesamowicie efektownym widowiskiem. Chaepau bas wszystkim artystom odpowiedzialnym za te wrażenia.
Najbardziej negatywnym aspektem w odbiorze ósmej części sagi, wydaje się jej nierówność. I nie chodzi tutaj o to, że momentami „Ostatni Jedi” zwalnia, by zatrzymać się na trochę przy jakimś konkretnym wątku, bo jest to jak najbardziej uzasadnione. Chodzi o fakt,
że efektowne, wciągające i złożone sceny przeplatają się z momentami, które budzą szczere politowanie. A to za sprawą przygodnego absurdu, tendencji do psucia dobrze zapowiadających się scen oraz często nieudanych i zupełnie niepotrzebnych prób budowania wymuszonego patosu. Widz czuje się przez to nieco skonsternowany, a odrzucając tezę, że jest to przemyślany zabieg, mający być cegiełką
w budowaniu atmosfery niepokoju, musimy to uznać za błąd.

Pozytywne strony produkcji to niebanalne i nieprzewidywalne rozwiązania fabularne, dzięki którym długość filmu (dwie i pół godziny)
jest nieodczuwalna. To, że tak naprawdę nie wiadomo, co się zaraz stanie i która ze stron w danej potyczce wyjdzie obronną ręką, pozwala na  zaangażowanie się w śledzenie akcji filmu. Jeśli doda się do tego choreograficzną zuchwałość i takie zastosowania Mocy, o jakich Lucasowi (George Lucas – reżyser pierwszych sześciu części, twórca uniwersum) się nie śniło, można czerpać z filmu dużo przyjemności.
A to wszystko na tle prawdziwie epopejsko skonstruowanej fabuły. In plus działają także elementy humorystyczne, którym udało się nie być slapstickowymi i nienaturalnymi gagami, za co scenarzystom serdecznie dziękujemy.

Pomimo tego, że film uważam za dalece lepszy od „Przebudzenia Mocy” czy „Łotra 1”, nadal słowem klucz przy opisywaniu tej produkcji musi pozostać kicz, od którego nie możemy być wolni, jeśli mamy do czynienia z sagą, która jest modelowym przykładem wytworu kultury popularnej. Poza tym kto powiedział, że kicz musi być określeniem czysto pejoratywnym?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *