Siekierski: Amerykanie przejrzeli na oczy

Donald Trump u władzy okazuje się mniej kontrowersyjny niż jako kandydat. Nicholas Siekierski, absolwent Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności uważa, że mimo negatywnego przekazu w mediach, prezydent nadal utrzymuje solidne poparcie elektoratu.

 

Dominik Owczarek: – Mija 100 dni od objęcia urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa. Zmiana na lepsze?

Nicholas Siekierski: – Jeszcze za wcześnie, by obwieścić jego całkowity sukces, ale do tej pory wypada bardzo pozytywnie.

Muru nie wybudowano, imigrantów nie deportowano, prezydent nie spoufala się z Putinem. Mimo tego, świat nadal patrzy na Trumpa negatywnie, tak jak podczas wyścigu o władzę w Stanach Zjednoczonych.

Myślę, że największa zmiana dokonała się właśnie na polu postrzegania samego Trumpa. Niejedni wcześniej uważali go jako niebezpiecznego wariata, a teraz widzą u niego kompetencje, nawet jeśli się z nim nie zgadzają. Niestety, styka się też z realiami i widzi, że jako prezydent nie jest w stanie poustawiać wszystkiego wedle swoich oczekiwań.

Ostatnio w mediach społecznościowych przyznał, że nie spodziewał się takich trudności w sprawowaniu tej funkcji.

Myślał, że jako prezydent będzie miał znacznie więcej mocy, by móc coś błyskawicznie zmienić. Zderzył się z długotrwałym procesem wszystkich reform.

Duńska gazeta „Politiken” zaprosiła karykaturzystów i rysowników z całego świata, by zastanowili się nad tym, co sądzą o mini-jubileuszu. W projekcie wzięło udział 62 karykaturzystów i rysowników z 35 krajów. Organizatorzy otrzymali sto grafik, wśród których zdecydowana większość prezentuje Trumpa negatywnie. Pojawiają się obrazy szaleńca, marionetki Putina, Jokera, a nawet rozkapryszonego niemowlaka. Stereotypy wygrywają z chłodnym spojrzeniem?

Ostatnio telewizja Fox News podała, że aż 93% artykułów jest nastawiona przeciwko Trumpowi. Mimo tego, nadal utrzymuje solidne poparcie elektoratu.

Media korzystają z jego kontrowersyjności, niezależnie od sympatii. Fox News zamknęła pierwszy kwartał 2017 roku z najlepszym wynikiem finansowym w historii, a CNN nie miało lepszej oglądalności od 2003 roku.

Media zyskały na prezydenturze Trumpa. Ale tak jak wspomniałem, niezależnie od ich przekazu, nadal utrzymuje wysokie poparcie wśród wyborców.

Miała być katastrofa, a wszystko wygląda całkiem przyzwoicie. Gospodarka nieźle się rozwija, giełdy notują rekordy.

Znaczna część Amerykanów przejrzała na oczy. Żyli w bańce mydlanej, mówiono im, że Trump nie ma żadnych szans w walce o fotel prezydenta z Hillary Clinton. Wyszło inaczej, a po fakcie dostrzegli, że jej kampania wyborcza była niepoważna.

Czy w Partii Republikańskiej oswojono się już z Trumpem, czy wciąż widoczne są podziały z kampanii?

Nadal występują, ale tacy neokonserwatyści jak Lindsey Graham lub John McCain zaczynają go popierać. Niekoniecznie z dobrych powodów, gdyż zaczyna się bardziej angażować w politykę międzynarodową, czego dowodem był atak w Syrii. Poprzez takie działanie może wytworzyć się spór pomiędzy elitą republikańską a wyborcami Trumpa.

W erze rozwoju mediów społecznościowych można mocno wpłynąć na poparcie danego kandydata. W ten sposób Trump zjednał sobie wielu niezdecydowanych wyborców, ale też nadal szkodzi sobie za sprawą nieprzemyślanych wpisów na Twitterze. Kontrowersyjność przydała mu się, gdy był biznesmenem i showmanem, ale czy funkcja prezydenta nie wymaga wzbudzania większego autorytetu?

Bez mediów społecznościowych nie miałby szans na tak bezpośredni kontakt z wyborcami. Okazało się to kluczem do zwycięstwa w wyborach. Zaletą Trumpa jest to, że mówi tak, jak naprawdę myśli. Ludzie nie chcą czegoś, co zostało sprawdzone w sondażach. Oni chcą, by mówił, jak jest naprawdę. Oczywiście są sytuacje, że jego tweety są odbierane jako głupie i nieprzemyślane. Jak to się mówi w USA – trzeba brać dobre ze złem.

Z sondażu na zlecenie „ABC News” i „Washington Post” wynika, że aż 96% wyborców Trumpa nadal go popiera. Można powiedzieć, że Amerykanie właśnie takiego Trumpa oczekiwali przy urnach wyborczych. Co musiałoby się stać, żeby wyborcy odwrócili się od niego?

Musiałby nie spełniać obietnic wyborczych, szczególnie tych dotyczących imigracji. Myślę, że wybudowanie muru na południowej granicy i deportacja najgroźniejszych przestępców wśród nielegalnych imigrantów jest kluczową sprawą. Nadal nie wiadomo, czy zostanie postawiony w tym roku, czy w przyszłym. Jeżeli za dwa-trzy lata nie będzie w dużym stopniu wybudowany, Trump może stracić duży odsetek poparcia.

Badania pokazują, że gdyby teraz doszło do ponownych wyborów, to Donald Trump znowu wygrałby z Hillary Clinton. Co więcej, tym razem otrzymałby więcej głosów nie tylko od samych elektorów. Czym może w najbliższym czasie przyciągnąć niezdecydowanych wyborców?

Na pewno poprzez wzrost ekonomiczny oraz zmiany związane z podatkami i ubezpieczeniem zdrowotnym. Myślę, że jeśli spełni chociaż część obietnic w ciągu najbliższych trzech lat, ludzie nie będę się wahali, czy go popierać.

Wspomniałem o obawach, bo to właśnie one miały istotny wpływ na wybór obecnego prezydenta. 67% Amerykanów uważa, że Demokraci są oderwani od rzeczywistości. O Trumpie uważa tak z kolei 58%. Kto lub co mogłoby sprowadzić ich na ziemię?

Musi minąć jeszcze trochę czasu. Bardziej umiarkowana część Demokratów z czasem zobaczy, że mimo różnic poglądów można w nim dostrzec dobrego prezydenta, który wprowadza jakieś realne zmiany. Mogą stracić zaufanie do swoich elit, które wmawiały im, że Trump jest zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych.

Demokraci oswajają się z demokratycznym wyborem?

Ich skrajnie lewicowa część na pewno nie. W ich mniemaniu demokracja działa tylko wtedy, gdy zadziała w sposób im odpowiadający. Gdy dzieje się inaczej, wybór nagle jest nieważny. Można to dostrzec w różnych akcjach przeciwników Trumpa. Przykładem są zamieszki na Uniwersytecie w Berkeley, gdzie Antifa zaatakowała zwolenników prezydenta. Są negatywnie nastawieni do wolności słowa, jeśli tylko coś nie odpowiada ich poglądom.

Czy Republikanie utrzymają władzę? W następnych wyborach partia Demokratyczna z pewnością nie wystawi tak fatalnej kandydatki jak Hillary Clinton. Nic się dwa razy nie zdarza, więc tym razem Trump będzie musiał zaoferować coś więcej niż populistyczne hasła.

Demokraci na ten moment nie mają żadnych poważnych kandydatów. Czołowi przedstawiciele tej partii są już po siedemdziesiątce. Brakuje im młodych, dynamicznych kandydatów jakim był m.in. Barack Obama.

Nie sądzi Pan, że nawet jego żona mogłaby osiągnąć większe poparcie niż niejeden kandydat wystawiony przez Demokratów?

Pewnie tak. Ale trudno powiedzieć, czy wystarczyłoby to do pokonania kontrkandydata.

Żarty na bok. Skupmy się na dziedzictwie polityki jej męża – Obamacare. Trumpowi uda się je zlikwidować, czy zderzy się ze ścianą, jak miało to miejsce z chęcią zamknięcia granicy dla obywateli siedmiu krajów muzułmańskich?

Trump postrzega to raczej jako proces negocjacji. Pierwsza próba z American Health Care Act okazała się nieudana, ale wraz z biegiem czasu będzie większy nacisk, by zmienić ten system. Obecnie nie działa on zbyt dobrze, a wielu Amerykanów woli płacić kary niż płacić za ubezpieczenie, na które ich nie stać. Wydawało się, że zmiany są kwestią czasu, ale nawet wśród Republikanów nie ma chęci dążenia do usprawnień w tej kwestii.

Nie można odmówić Trumpowi aktywności. W ciągu 100 dni podpisał 30 rozporządzeń, czyli więcej niż jakikolwiek prezydent po wojnie. Dodatkowo zaakceptowano 25 projektów ustaw. Czy te reformy mają jakikolwiek poważny wpływ na życie Amerykanów?

Mają, ale ich proces będzie długoterminowy. Trump wraz ze swoim głównym doradcą Stevem Bannonem zapowiadali dekonstrukcję państwa administracyjnego. Dziesiątki tysięcy regulacji uniemożliwiają zmiany w realnym życiu obywateli USA.

Czy prezydent będzie dążył do wywierania wpływu na Sąd Najwyższy wobec decyzji z 2015 roku o legalizacji małżeństw homoseksualnych we wszystkich stanach USA? Czy jest to możliwe, nawet po uzyskaniu większości przez konserwatywnych sędziów?

Trump specjalnie nie naciskał na to w trakcie kampanii wyborczej. Zyskał łatkę konserwatysty, człowieka tradycyjnego…

Milo Yiannopoulos też jest konserwatystą. I gejem.

Z tego co pamiętam, kwestia legalizacji małżeństw homoseksualnych nie była szczególnie ważna dla niego. Jeżeli Trump jednak chciałby coś zmienić w tej kwestii, wybór Neila Gorsucha do Sądu Najwyższego może mu wydatnie pomóc.

Czy prezydentura Trumpa przyczyni się do powiększenia różnic materialnych pomiędzy Amerykanami?

Jeżeli uda mu się obniżyć podatki, niewątpliwie tak. Jeżeli nie, to nawet wzrost ekonomiczny niekoniecznie będzie musiał się odbić na przeciętnym Amerykaninie. Istotna w tym zakresie jest również imigracja. Wiele firm, szczególnie w Dolinie Krzemowej, sprowadza imigrantów z Indii, Chin, którym płaci się znacznie mniej niż obywatelom USA. Jeśli Trumpowi uda się zmienić ten system, sytuacja Amerykanów może się poprawić.

Głośnym echem odbijała się obietnica wybudowania muru na granicy z Meksykiem. Retoryka Trumpa była agresywna, choćby poprzez przerzucenie zapłaty kosztów na sąsiada z południa. Meksykanie uciekający przed biedą na razie czują ulgę. Co to oznacza dla przeciętnego Jonesa?

W 100% nie udało się powstrzymać tego zjawiska, ale przez ostatnie dwa miesiące napływ nielegalnych imigrantów znacznie się zmniejszył. Znacznie więcej Meksykanów wraca też do swojego kraju, bo nie widzą dla siebie perspektyw na przyszłość.

A w Meksyku niby mają perspektywy?

Wolą wrócić teraz, niż później zostać deportowanym. Wtedy komplikuje się możliwość powrotu do Stanów Zjednoczonych, nawet jeśli byłby legalny.

Najwięcej mówi się teraz o ewentualnym konflikcie z Koreą Północną. Co może przynieść wybuchowy charakter przywódców obu państw?

Porównując Trumpa i Kim Dzong Una, to prezydent USA wydaje się być bardziej opanowany i przewidywalny. Na pewno będzie mocno naciskał na Chiny, by to one rozwiązały sytuację. Konfrontacja z Koreą Północną nie opłaca się Stanom Zjednoczonym. Z czasem może się to okazać konieczne, ale mam nadzieję, że Trump postara się tego uniknąć.

Korea Północna ma mało wspólnego ze stereotypem biednego państwa bez sensu prężącego muskuły. Ludzie żyją tam w skrajnej biedzie, ale to co odejmuje im się od żołądków, trafia na zbrojenia. Trump nie może powtórzyć błędu swojego poprzednika i zlekceważyć towarzyszy z 38. równoleżnika.

Nie może powiedzieć wprost o planach swojego działania. Dużo się dzieje za kulisami. Odpowiedź wobec Syrii była sygnałem dla Korei Północnej, że Trump jest w stanie zareagować. Prawdopodobnie chciałby tego uniknąć, gdyż idealną opcją dla niego byłaby reakcja Chin, Japonii lub Korei Południowej. Stany Zjednoczone mają jednak duży wpływ na Azję, stąd będzie to dla nich jedna z najważniejszych spraw.

Prezydent już pokazał, że pod wpływem emocji może nie dotrzymać słowa. W trakcie kampanii zapowiadał, że nie będzie mieszał się w politykę międzynarodową, a ostatnio zbombardował syryjską bazę lotniczą. Zyskał tym w oczach wielu niedowiarków?

Zyskał w oczach elity Partii Republikańskiej, ale stracił wśród wyborców. Wydawało się, że będzie bardziej ostrożny, a tamto działanie takowym nie było. Możliwe też, że była to symboliczna akcja i nie planuje długofalowo żadnej inwazji.

Trump potrafi lawirować nie tylko w sprawach wewnętrznych, ale też w kwestii stosunków z innymi państwami. Rosja – z jednej strony zajęcie Krymu było ok, z drugiej Putin nie miał ku temu prawa. Chiny – najpierw wróg gospodarczy, później partner w interesach. Syryjski reżim Asada – pierwotnie poza zainteresowaniem, by później zapowiadać jego obalenie. W jaką stronę to wszystko zmierza?

W administracji Trumpa jest duży spór pomiędzy nacjonalistami a globalistami. Pierwsi uważają, że interes USA powinien być najważniejszy, drudzy są za kontynuacją polityki interwencyjnej zarówno George’a Busha, jak i Baracka Obamy. Sloganem Trumpa było „America First”, ale na ten moment neokonserwatyści wydają się wygrywać. Możliwe też, że przekonali prezydenta do agresywnego podejścia w polityce międzynarodowej. Wszystko może się zmienić, gdy zobaczy spadek poparcia.

Poparcie wyborców ważniejsze niż opinia partii?

Musi w tym wszystkim odnaleźć właściwy balans. Poparcie Republikanów jest mu potrzebne do tego, by osiągnąć swoje cele, ale wsparcie wyborców jest również istotne. Wiadomo, że są oni najważniejsi, gdy zbliżają się wybory, więc w tym czasie może trochę odpuścić. Frakcja Republikańska ma odmienne cele od twardych zwolenników Trumpa, stąd potrzeba znalezienia złotego środka.

Chińczycy notują ogromny wzrost PKB w porównaniu z USA, mimo że w Kraju Środka lamentują z powodu jego obniżenia. Hasłem wyborczym Trumpa było – „Make America Great Again!”, lecz nic nie zapowiada tego, by Chiny przestały być największą potęgą gospodarczą świata. Amerykanie mają jakiekolwiek szanse na odwrócenie tej tendencji, czy niedługo nawet Statua Wolności będzie nosiła napis „Made in China”?

Mam nadzieję, że nie, ale trendy na pewno idą w kierunku azjatyckim. Zobaczymy, czy Trump jest w stanie to zmienić. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w historii to co wydaje się być oczywiste, nie zawsze się sprawdza. Obniżenie podatków i odwołanie różnych regulacji może znacznie wpłynąć na ponowne uwolnienie potencjału Stanów Zjednoczonych.

Trumpowi brakuje spójności w kwestii NATO. Jednego dnia uważa sojusz za święty, by później nazwać go przestarzałym. Oznacza to, że USA ma już dość miana obrońcy ładu międzynarodowego?

Wypominanie sojusznikom, że zbyt mało płacą, jest sposobem na zmotywowanie ich do przeznaczania większych środków na obronność. Amerykanie wydają zdecydowanie zbyt dużo podług innych państw. Niemcy np. oddają na to zaledwie 1,3% swojego budżetu. W postępowaniu Trumpa z jednej strony jest retoryka, ale z drugiej jest rzeczywistość. Wydatki obronne europejskich państw powinny wynosić przynajmniej 2% ich PKB, jak ustalono wcześniej. Niestety, większość z nich się do tego nie stosuje.

Nicholas Siekierski – Absolwent drugiej edycji
Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności,
ekspert ds. polityki amerykańskiej,
autor bloga Researchteacher.com.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *