Wspomnienia w plecaku – Góry Słonne

Zmęczone dłonie wsuwają klucz do zamka. Naciskają klamkę. Sunące się nogi powoli wpełzają do mieszkania. W przedpokoju wciąż unosi się zapach ogniska. Nierozpakowany plecak przypomina o tym, że jeszcze wczoraj wieczorem byłam w zupełnie innym świecie, choć nie przejechałam wcale tysięcy kilometrów.

Menażka

Zanim dam szansę mojemu ciału odpocząć podczas błogiego snu, muszę zmusić je do jeszcze jednej czynności – rozpakowania plecaka. Otworzywszy klapę moim oczom ukazuje się menażka. Kieruję się wprost do kuchni. To tam, w zlewie otworzę niebezpieczną bombę.

Pomieszczenie natychmiast wypełnia się zapachem. Próbując domyć przypalony boczek przypominam sobie smak ostatniego obiadu. Nienawidzę kaszy gryczanej! Mimo, że nigdy nie ugotowałabym z własnej woli kaszy gryczanej z sosem myśliwskim z torebki i przypalonym boczkiem, to po kilkugodzinnym marszu w śniegu, z 12 kilogramowym plecakiem taki obiad smakuje lepiej niż niejedno danie zjadane w barze. I nawet ta wszechobecna spalenizna nie przeszkadza. Zwłaszcza, jeśli przy ognisku jest tak ciepło, że właściwie nic więcej do szczęścia nie trzeba.

Papierek z czekolady

Podczas gdy menażka schnie swobodnie, marząc o czasach, gdy nie zostanie przypalona, zręczna ręka wyciąga kolejny skarb. W zakamarkach, zwinięty i prawie niezauważalny, schował się papierek z czekolady.

Poprzednie wspomnienie przypalonego boczku ustępuje wypełniającemu pamięć smakowi czekolady z ciągnącym się toffi. Moje palce sięgały po nią niezwykle żwawo, gdy obserwowałam San ze wzgórza, na którym wznoszą się ruiny zamku Sobień. Przed moimi oczyma w mglistej dolinie wyłaniają się wieżyczki pięknych drewnianych cerkwi, jednych z wielu na Podkarpaciu. Za moimi plecami wznoszą się ruiny XIV – wiecznego zamku należącego niegdyś do Kmitów. To, co z zamku zostało, mimo że jest tego niewiele, wygląda niezwykle majestatycznie. Aż chciałby się człowiek przenieść do średniowiecza i poznać wszystkie skrywane w tych murach tajemnice.

Rękawiczki

Papierek znalazłszy odpowiednie miejsce w koszu na śmieci uwolnił zmęczone dłonie, by te mogły na nowo poznawać tajemnice plecaka. Tym razem odnalazły małą reklamówkę, a w niej przemoczone do suchej nitki fioletowe rękawiczki.

Ten smutny los spotkał je bardzo szybko. Nie trudno o takie przygody gdy wędruje się poza szlakami turystycznymi. Jeden nieodpowiedni krok przy schodzeniu ze wzgórza wystarczy. Aż dziwne, że tego szczytu nikt nie nazwał. Nie da się przeoczyć jego nietypowego wyglądu. Pnąc się pod górę stajemy w końcu na szczycie płaskim jak stół. To w Górach Słonych zdecydowanie wyjątkowe zjawisko. Nie umyka naszym oczom także pozostałość wykopanej wokół fosy. W tym miejscu, gdzieś pośrodku lasu, poza szlakiem stał niegdyś gród warowny. Szczyt został specjalnie ścięty, by poprawić warunki budowy. Wyobrażając sobie krajobraz bez wszystkich wysokich drzew, które zdążyły porosnąć ten teren nie dziwi fakt, że miejsce to zostało wybrane na punkt obserwacyjny.

Śpiwór

Rozwiesiwszy na suszarce rękawiczki odsuwam dolną część plecaka. Walczę z ogromną pokusą, by wsunąć się do ciepłego, puchowego śpiwora, który właśnie wyjęłam. Sen niestety musi poczekać.

Chwila, w której kursant kładzie się do śpiwora, jest najbardziej wyczekiwanym momentem dnia. Szczególnie, gdy wsuwa się do niego mając nad głową dach, a nie plandekę. Wiejski Dom Kultury w Lisznej to, jak na kursowe warunki, luksusowe miejsce noclegu. Pod stopami podłoga, nad głową dach, bieżąca woda, toaleta – czego chcieć więcej. Rano niezwykle ciężko pożegnać się z ciepłym śpiworem. Sytuację nieco poprawia widok za oknem. Zaczął prószyć śnieg i momentalnie wokół zrobiło się bajkowo. Małe śnieżynki powoli pokrywają dach starego drewnianego domu. To przykład dawnego budownictwa o konstrukcji zrębowej. Niestety wyburzono jedną izbę, ale oprócz tego dom pozostał w niezmienionym kształcie.

Mapa

Wiszący w szafie śpiwór może odpoczywać do czasu następnego wyjazdu. Inne rzeczy z plecaka wciąż czekają na swoją kolej. Nie chcę zwlekać. Odsuwam kolejną kieszeń. Tym razem moim oczom ukazuje się mapa topograficzna. Lekko pomięta i wilgotna, wciąż jednak można z niej wszystko odczytać.

Biorę do ręki długopis i powoli przypominam sobie przebytą trasę. Sznurkiem z kompasu mierzę przebyte centymetry, by obliczyć ile kilometrów moje nogi pokonały w ten weekend.  Podążając za zaznaczoną długopisem trasą przypominam sobie kolejne interesujące miejsce. Oczami pamięci widzę Orli Kamień, z którego roztacza się wspaniały widok na Sanok. Wędrując w Górach Słonnych można spotkać wiele takich perełek.

Portfel

Mapa trafia do pudełka z pamiątkami. Reszta rzeczy zniecierpliwiona czeka w plecaku na wyjęcie. Odsuwam więc kolejną kieszeń, z której wyciągam portfel. Choć nie jest on szczególnie przydatny w górach, jest zwykle niezbędny przed rozpoczęciem wędrówki lub tuż po niej.

Wyjście w góry zazwyczaj wiąże się z opuszczeniem cywilizacji. I choć nasz cel sięga powyżej 600 m.n.p.m, to często odkrywamy tajemnice również poniżej tej granicy. Dojście do gór zwykle nie należy do najprzyjemniejszej części wędrówki. Chodzenie w twardych butach trekingowych po asfalcie to prawdziwa udręka. Czasem jednak bywa ona rekompensowana.

Za zakrętem naszym oczom ukazuje się duża, betonowa budowla. Podchodzimy wyżej, lekko pod górkę, na chwilę schodząc z asfaltu. Podnosimy wzrok, by zobaczyć wielką, czerwoną gwiazdę i napis „I ostaną się w legendzie te dni gniewu”. Jak wyjaśnia nam przewodnik, to jeden z wielu schronów w linii przemyskiego rejonu umocnionego. Linię Mołotowa zaczęli budować Sowieci w czasie II wojny światowej. Schrony miały chronić Sowietów od zagrożenia z zachodu. Budowa linii Mołotowa nie została jednak nigdy ukończona, a większość schronów została wysadzona przez Niemców. Większość tych, które zostało jest prawie całkowicie zniszczona. Jak się okazało, ten który mieliśmy okazję zobaczyć, był najlepiej zachowanym.

Zeszyt

Do rozsunięcia została ostatnia kieszeń. Zmęczone dłonie wyjmują z niej zielony zeszyt. Na pierwszej stronie widnieje napis „54 Kurs Przewodników Beskidzkich. Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich.”

Przed wyjazdem nie wiedziałam, czym są Góry Słonne, nie wiedziałam, że w Polsce coś takiego w ogóle istnieje. Przygotowując się do wyjazdu, odkryłam, że byłam w Górach Słonnych wielokrotnie, nie wiedząc jednak, że w nich jestem. Mimo to, nigdy nie byłam w żadnym z miejsc, które odwiedziłam w ten weekend. Wcześniej bałam chodzić się w górach poza szlakami, teraz już wiem, jak niezwykłe rzeczy można odkryć schodząc z wyznaczonej drogi.

Materac jest miękki i wygodny, a kołdra cieplutka. Zmęczone powieki powoli opadają, a ja zasypiam czując jeszcze zapach ogniska i marząc o kolejnej przygodzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *