Mały człowiek, wielka góra. Mont Blanc bez przewodnika

Wpinam karabinek z pętlą do oszronionej liny poręczowej przy metalowej drabince. Mimo że jest ujemna temperatura, po moich plecach spływa pot. Zadzieram do góry głowę w kasku. Tylko kilka stopni drabiny dzieli mnie od pokonania najtrudniejszego odcinka w drodze na Mont Blanc.

Tuż przed platformą zawieszoną na wysokości 3800 m. n. p. m. spoglądam do tyłu. Gdzieś, pośród dziesiątek jasno świecących czołówek, są także światła innych Polaków, niedawno poznanych znajomych, z którymi dzień wcześniej rozmawialiśmy na polu biwakowym. Oni, podobnie jak my – czyli ekipa w składzie mój tata i ja, postanowili zdobyć Dach Europy bez przewodnika, śpiąc pod namiotem. Jak wygląda taka droga i dlaczego warto się z nią zmierzyć?

„Nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy”

To przysłowie z pewnością nie sprawdzi się w górach wysokich. Początek bardzo często (choć oczywiście nie zawsze) w dużej mierze determinuje koniec. Myśląc o zdobyciu Dachu Europy z pewnością warto zaplanować aklimatyzację. Tak jak większość wspinających się na Mont Blanc, wybraliśmy na ten cel Gran Paradiso we Włoszech o wysokości 4061 m. n. p. m. W stylu oblężniczym, bo śpiąc w namiocie (jako jedyni) a nie w schronisku, niosąc na plecach jedzenie i cały szpej (w żargonie wspinaczkowym – sprzęt), z potem spływającym po każdej części ciała, zdobyliśmy szczyt. Widoki na górze zapierały dech w piersiach, tak jak emocje towarzyszące przekraczaniu granicy czterech tysięcy metrów. O tym, jak ważna jest aklimatyzacja, przekonaliśmy się już 3 dni później stając na najwyższym szczycie Europy.

szczyt Gran Paradiso – 40161 m. n. p. m.

Żandarm spod Mont Blanc

Dostaję na messengerze wiadomość od koleżanki: „Jak z wejściem? Słyszałam, że jest chwilowy zakaz”. Moje ręce trzęsą się klikając w link do artykułu. Czekam aż strona załaduje się, by po chwili przeczytać, że z powodu dużego zainteresowania szczytem, rząd francuski limituje wejścia. Z tekstu wynika, że żandarmi sprawdzają rezerwację w schroniskach i na jej podstawie pozwalają, bądź nie, wyruszyć w drogę na Dach Europy. Staram się dowiedzieć czegoś więcej, jednak we wszystkich artykułach znajdują się dokładnie te same informacje. Jedziemy dalej mając nadzieję, że dowiemy się czegoś więcej na miejscu.

Pierwsze kroki po przybyciu do miejscowości Les Houches kierujemy pod dolną stację kolejki. Zamierzamy następnego dnia doświadczyć trochę luksusu i wjechać na wysokość 2370 m. n. p. m. Oczywiście można tę drogę pokonać na własnych nogach, jednak zabiera to dzień marszu, a oprócz tego sporo sił, które z pewnością jeszcze nam się przydadzą. Mamy nadzieję, że przy stacji, oprócz informacji o cenach biletów i godzinach kursowania, znajdziemy także te, dotyczące limitowanych wejść na Mont Blanc. Nasze oczekiwania nas nie zawodzą – na szybie naklejone jest pismo od rządu francuskiego, długie i zapewne wszystko wyjaśniające. Problemem jest to, że żadne z nas nie mówi po francusku, a jedyny tekst po angielsku, jaki udaje nam się znaleźć brzmi „limited acces to Mont Blanc”. Utwierdzeni w przekonaniu, że języków uczyć się warto, wracamy na kemping.

Polskie obozowisko

Delektujemy się francuskim piwem siedząc przed namiotem, gdy po chwili widzimy potwornie umęczonych, wracających na kemping trzech mężczyzn. Zmierzają ku namiotowi, który jest rozbity koło naszego. Słysząc rodzimy język natychmiastowo przystępujemy do rozmowy. Dowiadujemy się, że niestety z powodu złej pogody nie udało im się zdobyć szczytu. Jednakże, ku naszemu szczęściu, znajdujemy także kolejne usprawiedliwienie naszego planowanego lenistwa – „gdybym miał to zrobić jeszcze raz, wjechałbym kolejką” – mówi jeden z nich. Nie zdążyło upłynąć pół godziny, gdy na kemping przyjechał kolejny samochód na polskich „blachach”. Trzech mężczyzn rozkłada swój namiot obok naszego – z francuskiego kempingu zrobiliśmy polskie obozowisko.

„Miłe złego początki…”

Rano niespiesznie wygrzebujemy się ze śpiworów. Cel na dziś jest prosty i nie wymaga dużych nakładów energii ani czasu. Musimy dotrzeć do schroniska Tete Rousse położonego na wysokości 3167 m. n. p. m. Wsiadając do kolejki wciąż jednak nie wiemy, czy w ogóle będzie nam dane spróbować wejść na szczyt. Od spotkanych poprzedniego dnia Polaków dowiedzieliśmy się, że prawdą jest, iż żandarmi sprawdzają rezerwację w schroniskach. Nikt jednak nie potrafił nam odpowiedzieć na pytanie co w sytuacji, gdy zamierza się spać pod namiotem.

Powoli, wśród mgły, suniemy kolejką do góry. Wszystko jest jeszcze jakby uśpione. Możemy naliczyć jedynie kilkanaście wyjeżdżających z nami osób. Tuż przed końcową stacją, czoło lodowca leniwie wyłania się z mgły.

Jest i on – żandarm – postrach dzielnych alpinistów. Żwawym krokiem zmierza w naszą stronę. Pyta, gdzie zamierzamy spać. Napięcie rośnie. Na szczęście okazuje się, że namiot nie wymaga rezerwacji, a my bez przeszkód możemy iść dalej. Nie taki żandarm straszny, jak go malują.

Z ciężkimi plecakami niespiesznym krokiem wspinamy się do góry. Zza opadającej mgły wyłania się słońce, zwiastując dobrą pogodę. Po około godzinie docieramy do schronu Baraque des Rognes. Do tej pory droga nie różniła się od znanych nam wszystkim górskich szlaków. Robimy przerwę zadzierając głowę w górę. Przed nami rozciągają się skały i zdecydowanie bardziej pionowe, niż do tej pory, wejście.

Droga jest wprost bajkowa. Zakrętami, pośród kamieni, pnie się nieustannie w górę. Mimo ciężkich plecaków, humor nam dopisuje. Zapewne zarówno z powodu świetnej pogody jak i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Widok pierwszych łat śniegu zwiastuje bliskość schroniska – naszego dzisiejszego celu.

tuż pod schroniskiem Tete Rousse widocznym w tle

Jedno miejsce, dwa światy

Wchodzimy do sali jadalnej w schronisku, by trochę się ogrzać i poczytać wydrukowane wcześniej relacje z drogi na szczyt. Siadamy przy wolnym stole. Moja wrodzona ciekawość każe mi przysłuchiwać się rozmowie, toczącej się po angielsku przy stoliku obok. Państwo pytają się przewodnika, jak powinni ubrać się następnego dnia, czy gdy będą wychodzić o północy ze schroniska to będzie zimno oraz jak powinien być wyregulowany plecak. Lekko wybałuszam swoje oczy z niedowierzania, mając nadzieję, że nikt nie dostrzega mojej reakcji na tę rozmowę.

Po porządnym ogrzaniu się i przeczytaniu wszystkich możliwych relacji, wychodzimy ze schroniska, udając się na pole namiotowe położone nieco powyżej. Przed schroniskiem widzę parę Azjatów z przewodnikiem. Uczą się chodzić w rakach na wystających fragmentach skał. Przewodnik pokazuje im także jak ubrać uprząż i zawiązać ósemkę. Moje oczy po raz kolejny lekko się wybałuszają, a usta otwierają ze zdziwienia i szoku, jak bez żadnego przygotowania technicznego można iść na Mont Blanc.

Powolnym krokiem wracamy do swojego namiotu. Czujemy się tutaj prawie jak w domu, gdyż około połowę obozowiczów stanowią Polacy (druga połowa to Ukraińcy). Zostawiamy notatki w namiocie i przysiadamy się do rozbitych obok Polaków. Podobnie jak wszyscy tutaj dyskutują o najlepszej pogodzie na atak szczytowy, sprawdzają sprzęt, dzielą się przeczytanymi w Internecie lub zdobytymi od bardziej doświadczonych kolegów radami, dokładnie oglądają mapy.

Z wszystkich prognoz pogodowych wynika, że najlepsza pogoda na zdobycie szczytu będzie jutro. Jedząc liofilizowane spaghetti zadzieramy głowy wysoko w górę, patrząc na wyłaniające się z chmur schronisko Gouter, które będzie pierwszym celem naszej drogi na szczyt.

pole namiotowe przy schronisku Tete Rousse

…ale koniec fantastyczny”

Budzimy się o godzinie 23:30 po kilku godzinach snu. Ciężko nam opuścić ciepłe śpiwory, więc jeszcze chwilę leżymy bez ruchu. W końcu któreś z nas mobilizuje się i leniwie wygrzebuje się ze śpiwora. W pośpiechu zakładamy przygotowane wcześniej ubrania – po wyjściu ze śpiworów nie jest nam już ani trochę ciepło. Lekko zgrabiałymi z mrozu rękami uruchamiamy kuchenkę gazową. Czekając, aż woda się zagotuje, spoglądamy w górę na schronisko Gouter. Wśród skał widać już pierwsze światła wspinających się ludzi.

Ostatni raz sprawdzamy zawartość plecaków. Zakładamy uprzęże, zapinamy raki, wiążemy się liną. Z czekanem w dłoni dziarsko rozpoczynamy drogę. Na szczęście na śniegu bardzo dobrze widoczne są ślady innych ekip, zmierzających na szczyt przed nami. Bardzo szybko docieramy do najbardziej niebezpiecznego miejsca na drodze – kuluaru spadających kamieni, zwanym, nie bez powodu – kuluarem śmierci.  Co roku ginie tutaj średnio troje ludzi. Zdarza się, że z góry lecą kamienie wielkości telewizorów. Na szczęście teraz jest zupełnie cicho. Chwilę nasłuchujemy, zadzieramy głowy do góry, a potem, najszybciej jak tylko można, ruszamy przed siebie. Po chwili jest już po wszystkim.

Dalej droga pnie się prawie pionowo pod górę. Na szczęście natura ułatwia zadanie i stopni skalnych jest bardzo dużo. Mimo, że droga nie jest trudna, jest uciążliwa. Schronisko od początku wydaje się być bardzo blisko, jednak docieramy tam dopiero po 4 godzinach.

na szczycie schronisko Gouter – trasa biegnie przez jeden ze skalnych „grzebieni”

Wychodzimy ze schroniska o 6 rano. Zaczyna już świtać. Najtrudniejszy odcinek jest już za nami. Zmrożony śnieg przyjemnie brzmi pod rakami, a my dalej pniemy się w górę. Gdy wychodzimy na Dome du Gouter – szczyt na wysokości 4304 m. n. p. m, naszym oczom pierwszy raz ukazuje się Mont Blanc. Wydaje się być na wyciągnięcie ręki, tak niedaleko, a jednak wiemy, że wciąż mamy przed sobą kilka godzin marszu.

Droga nie jest wymagająca, ale ze względu na wysokość nie jest łatwa. Dach Europy przybliża się dużo wolniej niż bym chciała. Pięknie świecące słońce dodaje nam jednak sił. W drodze na szczyt mijamy osoby z niego schodzące. Jeżeli oni dali radę to my też damy. Spotykamy także różnych Polaków, których spotkaliśmy dzień wcześniej na polu biwakowym.

Nie pamiętam dokładnie ostatnich metrów przed szczytem. Pamiętam za to wysoko uniesione w górę ręce i poczucie, że mogę osiągnąć w swoim życiu wszystko, a także łzy szczęścia spływające powoli po policzku.

zdjęcie na szczycie płaskim jak boisko

Po zejściu na sam dół, na kemping, z którego wyruszaliśmy, otwieramy francuskie piwo. Pijemy je z innymi Polakami, których spotkaliśmy w drodze na Mont Blanc. Na kempingu poznajemy także nowych rodaków. Wszyscy z nas szli bez przewodnika. Niestety, niektórym z nich nie udało się zdobyć szczytu. Mimo wszystko został im bagaż świetnych wspomnień, nowe znajomości i ogromne doświadczenie. No i kilka tysięcy złotych w portfelu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *