Kraj tysiąca jezior… i mięsa z renifera

Finlandia kojarzona jest ze Skandynawią, mimo że w niej nie leży. Wielu myśli o niej jako o mroźnym kraju, ale obecnie jest tam kilka stopni na plusie. I to przy samym kole podbiegunowym.

Nie każdy też wie, że można tam tanio polecieć – i to w obie strony. Na tej części tanie podróżowanie się kończy, ale i tak warto. Kraj, którego połowę nazwy (Suomi) stanowi „bagno”, musi być wyjątkowy.

Baza wypadowa – Turku. Miasto do zwiedzenia w jeden dzień. Była stolica, ale do Krakowa mu daleko, jak od Słońca do Ziemi. W całej Europie można spokojnie znaleźć setki podobnych miast. Jak na szóste miasto pod względem ludności w całej Finlandii, nic specjalnego.

Na lotnisku wita nas Muminek, przy którym co około dwudziesty pasażer przystaje, by zrobić zdjęcie. Jeszcze częściej zapewne zdarza się, że turyści jadą do miasteczka Naantali, niewiele ponad 15 kilometrów od Turku. Jako kilkuletni brzdąc miałem okazję je odwiedzić – całe szczęście, że nie musiałem teraz, jako biedny student wydawać pieniędzy, aby je zobaczyć. Rocznie park rozrywki odwiedza prawie ćwierć miliona osób. Bilety do najtańszych nie należą, ale polecieć do Finlandii i nie zobaczyć miasteczka Muminków, to jak być w Nowym Jorku i nie zobaczyć Statui Wolności.

Po dość niedługim (niewiele ponad godzinnym) locie, wypadałoby coś zjeść. Jako że wycieczka do kraju ze strefy Euro zwykle kończy się upadkiem o półtorej klasy społecznej, raczej pozostają fast-foody bądź lokale imigranckie, które są przystępne dla studenckiej kieszeni.

W kraju tysiąca jezior mało gdzie można dostrzec McDonalda. Żadna strata, jako że ich Hesburger wcale nie musi odczuwać kompleksów. Pojęcie „makdonaldyzacji świata” wydaje się omijać Finlandię. Kraj ten szczyci się mięsem z renifera na lokalnych targach oraz ogromnym wyborem ryb (nawet niewyszukany śledzik z cebulką smakuje tam jak ambrozja). Dania kojarzone z kuchnią innych krajów są serwowane w miejscowych sieciówkach. Trudno dostrzec KFC, Pizzę Hut lub Starbucksa na każdym rogu, jak np. w Polsce, szczególnie porównując Helsinki z Warszawą.

Zwiedzanie Turku warto zacząć od staromiejskiej okolicy położonej w okolicy centrum miasta. Miejscowe lokale położone są przy rzece Aurze, która jednak nie grzeszy czystością. Lokalni mieszkańcy mówią, że to ze względu na nieczystości osadzające się na topniejącym już lodzie. Jak przylecę tam latem, zobaczę ile w tym prawdy.

Po drugiej stronie rzeki znajduje się ogromny park, na którego końcu jest plenerowe muzeum Luostarinmäki. Studenci z całego świata mają tam zniżkę, dzięki czemu za wstęp do dawnej osady (zakonserwowano jej wygląd z XVIII i XIX wieku) zapłacą cztery euro, zamiast sześciu. Niby niewielka różnica, ale zawsze coś. Skansen jest wart odwiedzenia, ale raczej dla samego odhaczenia. Wielkiego wrażenia na przeciętnym turyście raczej nie robi.

Architektura miasta na kolana nie powala, ale nie oznacza to, że trudno znaleźć ładne obiekty. Katedra w Turku jest warta zobaczenia zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz za sprawą pięknie zdobionych witraży. Biblioteka też może zaspokoić wrażenia wizualne. Dla umiejących posługiwać się językiem fińskim będzie ona jeszcze wspanialszym miejscem.

W odróżnieniu od Helsinek, Turku nieźle prezentuje się (z zachowaniem pewnych proporcji) pod względem życia nocnego. O ile w stolicy wiele lokali zamyka się już około godziny 18:00, to w centrum Turku życie nocne tętni zarówno w barach, jak i klubokawiarnianych ogródkach.

Finowie mają zamiłowanie do alkoholu we krwi, jednak jest ono ograniczane przez państwo. Nawet słynna wódka Finlandia jest trzy razy tańsza w Polsce niż w kraju pochodzenia. Wojna wytoczona procentom spowodowała rzeszę wycieczek promem do Estonii, gdzie zaopatrywano się w trunki, nie mówiąc o korzystaniu na miejscu. Nadużywając ich gościnności, powiedziano im w końcu pas – pokonując tą samą bronią, co fiński rząd.

Obecnie Finowie spragnieni alkoholowych wrażeń szturmują kraje bałtyckie takie jak Litwa lub Łotwa. Jak mogłem się przekonać przed i w trakcie lotu powrotnego, Polskę również uznają za kraj atrakcyjny pod tym względem. Pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu spotkałem się z tym, żeby połowa poczekalni na lotnisku sączyła złocisty napój.

Tanie imprezowanie to nie jedyne, co możemy zaoferować fińskim turystom, bo w porównaniu z ich krajem wypadamy lepiej pod niejednymi względami – szczególnie, jeśli chodzi o stosunek jakości do ceny. Za to koszty przejazdów pociągiem to coś, co może nas zirytować mocniej w Polsce niż w Finlandii. Pendolino z Turku do Helsinek (bez zniżek, bilet zakupiony dzień przed wyjazdem) kosztuje ledwie 17 euro, czyli równe 70 złotych. Oczywiście w cenie ich biletów jest działające Wi-Fi, w naszym PKP można o tym nadal pomarzyć.

To niewiele taniej niż pendolino z Krakowa do Warszawy… ze zniżką studencką. Powrót z Helsinek do Turku za 9 euro, tym samym superszybkim pociągiem, pozostawiam już do państwa komentarza. Pomyśleć, że taki rozbój dokonuje się w kraju, z którego pociągi miał okazję sprowadzać niejeden kraj w Europie.

Wysiadając na centralnym dworcu Helsinek, w ogóle nie da się dostrzec przepychu. Bardziej przypominają one boczne uliczki warszawskiej Starówki niż zaludnione ulice przeciętnych, głównych punktów stolic europejskich.

W Finlandii było około kilkunastu stopni Celsjusza, ale temperatura odczuwalna wynosiła zapewne z dwadzieścia. Widać to w helsińskim porcie, gdzie promienie słońca mocno przygrzewały turystów, by jednocześnie nie móc roztopić do końca fragmentów lodu. Ciekawy widok – facet ubrany w koszulkę z krótkim rękawem na łodzi pośród oblodzonego portu. Prawie jak Rosja.

Wiosna przyszła, na ścieżki wyruszyły rowery. Wszyscy jeżdżą w kaskach – rzecz nie do wyobrażenia u nas, nie mówiąc już o Holandii zdominowanej przez dwukołowce. A propos klimatu – mroźni są za to Finowie. Większość wygląda tak samo – blondyni, surowy wyraz twarzy. Teoretycznie stereotypy są krzywdzące, ale nieraz potrafią trafnie ukazać rzeczywistość, odrobinę ją ubarwiając. Można było się o tym przekonać w Turku, gdzie zobaczenie osoby o ciemniejszej karnacji było prawie niemożliwe.

Ocieplić klimat w okolicach helsińskiego dworca mogą za to romscy muzycy. Większa grupa ludzi przechodzi obok nich obojętnie, by po chwili wyłamał się z nich jeden Fin i zaczął tańczyć. Przechodnie spoglądają na niego jak na wariata. To nie koniec, po chwili pulchny pan zdejmuje koszulkę i radośnie faluje fałdkami w rytm muzyki. Miło zobaczyć odrobinę kolorytu w dość ponurej na pierwszy rzut oka nacji.

Będąc w Helsinkach, nie sposób nie odwiedzić jakiegoś muzeum, patrząc na szeroką ofertę, szczególnie dla miłośników sztuki. Dla fanów sportu rzecz prezentuje się mniej optymistycznie. Stadion Olimpijski do 2019 jest w przebudowie, a liga fińska jest na tak słabym poziomie, że nawet polska Ekstraklasa świeci przy niej pełnym blaskiem. Zostaje właściwie pomnik najsłynniejszego fińskiego sportowca w historii – Paavo Nurmiego, lekkoatlety, dziewięciokrotnego mistrza olimpijskiego.

Dla miłośników historii – muzeum Gustafa Mannerheima – dowódcy wojskowego, marszałka i prezydenta Finlandii. Wydaje się ono być dobrym uzupełnieniem dla Muzeum Narodowego, w którym eksponatów dotyczących historii współczesnej jest jak na lekarstwo.

Dla skner również coś dobrego – muzeum miasta Helsinki i muzeum tramwajów, które są za darmo. Wspaniale, że miejscowi składają się nam, turystom, na tak ciekawe miejsca. Oba wyglądają naprawdę nowocześnie, jednocześnie zachowując klimat. Zdecydowanie warte odwiedzenia.

Co do helsińskich tramwajów, są one jednym z symboli miasta. Ich wygląd pozostawia odrobinę do życzenia – częstotliwość przejazdów nowych taborów sytuuje się w sekcji „od wielkiego dzwonu”.

Piękno Helsinek skupia się wokół Placu Senackiego z pomnikiem cara Aleksandra II wzniesionym pod koniec XIX wieku. Ukazuje to, jak dużo jest pozostałości zarówno szwedzkich – wieloletnich ciemiężycieli Finów, jak i ze strony Rosjan – którzy dali Finom niepodległość. Okoliczne ulice można porównać do Newskiego Prospektu – najsłynniejszej ulicy Petersburga. Architektura Helsinek zasługuje na uwagę przy okazji okolicznych budowli – siedziby Uniwersytetu Helsińskiego, katedry luterańskiej bądź siedziby premiera Finlandii.

Zwiedzenie dwóch miast i wspomnienia z dzieciństwa to dość pokaźny bagaż, jednak do tej pory nie miałem okazji wybrać się na północ Finlandii. Słynie ona z siedziby Św. Mikołaja położonej niespełna 10 kilometrów od słynnego Rovaniemi. Cena biletu pociągowego z Helsinek do miasta leżącego przy kole podbiegunowym wynosi 80 euro. Nie jest tragicznie, ale na studencką kieszeń to chyba trochę za dużo. Dobrze, że marzenia przynajmniej nic nie kosztują.

nosacz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *