Holenderskie opowieści dziwnej treści

Czy da się zmieścić blaski i cienie Holandii, nie odwiedzając Amsterdamu? Małe szanse, ale spróbować warto.

 

Nie, wiatraki wcale nie są symbolem kraju. Przez całe trzy dni nie ujrzałem ani jednego, a nie ograniczałem podróży tylko do centralnych części miast i brukowanych uliczek Eindhoven i Rotterdamu. Jadąc pociągiem przez pola, łatwiej było o ciężarówki z polskobrzmiącymi nazwiskami w okolicach wielkich, podmiejskich magazynów, niż o wiatraki.

 

  • Rowerowy terror

 

Za to rowery? Proszę bardzo. Trzy razy prawie zostałem przejechany przez cyklistę. Po jednym razie na każdy dzień. A nie jestem wyjątkowo gapowatym pieszym. W Holandii ruch rowerowy rządzi się swoimi prawami. U nas, jak i w większości cywilizowanych krajów – światła zarówno dla pieszych, jak i rowerzystów. U nich – światła oddzielne, tak jak i ścieżki. Nieraz można odnieść wrażenie, że cykliści mają szybsze trasy niż samochody.

Właśnie, samochody. „Holandia taki ekologiczny kraj, nie to, co u nas kurde” – można usłyszeć. Guzik prawda. Mając takie horrendalne ceny benzyny, również przerzucilibyśmy się na dwa kółka. I nie mówię tu o motocyklach. Nie licząc godzin szczytu, holenderskie miasteczko przypomina czasem westernowe klimaty. Wszyscy pieszo lub jednośladem, a samochód mają tylko ważne persony, poczynając od szeryfa, na właścicielu saloonu skończywszy.

  • Targ z książkami

W Rotterdamie najbardziej znanym centrum handlowym/halą targową jest Markthal. W orientacyjnym punkcie tego pięknego miasta można znaleźć jedzenie z każdego zakątka świata. W jego blasku chcą ogrzać się również tureccy sprzedawcy dywanów, ale nie o to tu chodzi.

Najbardziej obleganym miejscem nie powinna być ta wielka szklana bryła, lecz pewien kram z książkami prowadzony przez przesympatycznego Holendra. Nie chciał orżnąć turysty bibliofila, lecz zaoferował zniżkę, widząc niedostateczne przekonanie klienta. Trzy książki za siedem euro – czy nie jest to piękne?

Turysta zadowolony jak cholera. A sprzedawca? Oby przy wieczornej  kolacji nie powiedział żonie – „Nie uwierzysz Helga, sprzedałem dzisiaj jednemu frajerowi taki chłam, którego nikt nie chciał od roku kupić i jeszcze się cieszył, jak zapłacił za to SIEDEM euro!”.

A nawet jeśli, to ten chłam wygląda fajnie nie tylko na półce, ale również wewnątrz.

  • Przypowieść o serze

Należę do typu ludzi, którym nie robi różnicy czy śniadaniowe tosty będą z serem bardziej, czy mniej żółtym. Ich rodzaje obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Do czasu. Holandia zmieniła moje poczucie estetyki. Nie jestem w stanie wymienić po powrocie każdego ich rodzaju. Za to jestem w stanie stwierdzić, że moje życie nabrało blasku za sprawą jednego prostego śniadania.

Wyszedłem raniutko z pokoju z perspektywą zwykłego najedzenia się przed całodniową podróżą do Rotterdamu. Wziąłem sobie słodzonego gofra, sok pomarańczowy i jakieś tam inne duperele. Ukroiłem pieczywo z myślą o zjedzeniu zwykłej kanapki z serem i szynką, ozdobionej plasterkiem pomidorka.

Z chwilą wzięcia pierwszego kęsa moje życie uległo zmianie. To ten ser. Jakim cudem coś tak prostego może być tak niebiańsko pyszne? Trzeba było się śpieszyć, perspektywa odjeżdżającego pociągu zbliżała się niebezpiecznie. Musiałem odłożyć możliwość skosztowania kolejnej kanapki na następny dzień.

Jadąc pociągiem, nie docierało do mnie nic. Myślałem tylko o tym wspaniałym serze, który sprawił, że robienie sobie tostów lub zwykłych kanapek już nigdy nie będzie takie samo. Wpychający się na mnie spocony grubas, rozkapryszony dzieciak w przedziale, wiecznie chrząkający dziadek – to wszystko nie było w stanie mnie zdenerwować. Moje myśli były skupione wokół czegoś innego, nic wokół nie miało dla mnie znaczenia.

No dobrze, może trochę przesadzam. Nie zmienia to faktu, że będąc w Holandii, nie ważcie się przegapić smaku tamtejszych serów. Z pewnością zaspokoją wasze wrażenia estetyczne i smakowe.

  • Dziwny zapach

W życiu nie zapaliłem choćby jednego skręta, ale jeśli wierzyć w moc biernego palenia, możliwe, że wróciłem do Polski ubogacony… duchowo. Przejeżdżając rowerem po wielu zakątkach Eindhoven, dało się spokojnie odczuć słodkawo-mdły zapach. Możliwe, że Holendrzy oddychają powietrzem z dużą zawartością marihuany, bo jadąc tamtejszymi uliczkami, można poczuć się po prostu szczęśliwszym.

A może to po prostu rowerowe autostrady i nadzwyczajna kasta cyklistów sprawiają, że jednoślady są tam synonimem radości i spełnienia?

  • Dziwny rzeźbiarz

Nie chciałbym za to pomyśleć, co było szczęściem i spełnieniem dla pewnego rotterdamskiego rzeźbiarza. W miejskim ratuszu widnieje monument jakiegoś, co nie jest niczym dziwnym, nagiego faceta. Może jakiś grecki bóg? Trudno powiedzieć.

Myli się ten, kto myśli, że to zwykły pomnik. Wyrzeźbiono go kilkaset lat temu, ale odsłaniając go, postanowiono zrobić to z przytupem. Obecnie marmurowy facet ma normalne wymiary, ale według lokalnych przewodników z początku jego organ płciowy sięgał… aż do kolan.

Oburzyło to miejscowych, bo jak to takie rzeczy w miejskim ratuszu? W sumie trudno ich nie zrozumieć. Rzeźbiarz musiał być ciekawą personą i niezłym dziwakiem. Tak jak Holendrzy, którzy na pytanie przewodnika kim był Erazm z Rotterdamu, myśleli, że chodziło o pomysłodawcę Erasmusa.

  • Nie będzie Holender pluł nam w twarz!

Patrząc przez pryzmat dwóch dużych miast – Eindhoven i Rotterdamu, można z pełnym przekonaniem polecić wyprawę do Holandii. Kilka dni zapewne wystarczy, by zwiedzić wszystko, co tego warte, gdyż do największych państw ona nie należy.

Weekendowa podróż będzie w porządku dla przeciętnej studenckiej kieszeni. Loty do Eindhoven bywają śmiesznie tanie, a reszta większych miast nie leży tysiące kilometrów od miasta Phillipsa. „Codzienne” ceny oczywiście są wyższe, nieraz dużo wyższe niż w Polsce, ale cóż na to poradzić. Czasem trzeba schować ból do kieszeni, wyjąć z niej portfel i zapłacić za niepowtarzalne wrażenia.

Polskie standardy daleko, a czasem w ogóle, nie odbiegają od holenderskich. Można cieszyć się wyjazdem, nie odczuwając kompleksów z bycia Polakiem-patriotą-katolikiem. Gorzej, jeśli komuś przeszkadza wszechobecne multi-kulti. Wtedy będzie mógł się skarżyć, że nikt – niezależnie od koloru skóry, nie chce się wysadzić i zachowuje się jak cywilizowany człowiek. W porównaniu z Wiedniem nie jest to tak oczywista rzecz.

Warszawa mogłaby wziąć przykład z lotniska, a właściwie transportów do centrum miasta. Autobus komunikacji miejskiej z portu lotniczego do centrum Eindhoven jedzie zaledwie 20 minut, nie zatrzymując się nigdzie po drodze.  Niby proste, a jednak za trudne dla naszych tęgich głów.

[nosacz]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *