Baltica Exprees

Fajerwerki rozbłysnęły jasnym światłem nad Dźwiną. Dźwięki otwieranych szampanów otaczały nas ze wszystkich stron. „Szczęśliwego nowego roku” napisałam do znajomych i rodziny w Polsce, mimo, że oni mogli jeszcze przez godzinę cieszyć się 2017 rokiem.

23 sierpnia 1989 mieszkańcy trzech krajów bałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii utworzyli bałtycki łańcuch. Około 2 mln osób połączyło się, by utworzyć splot ludzkich rąk o długości ponad 600 km, który łączył wszystkie 3 kraje.

W 1989 roku był to wyraz protestu przeciw ZSRR. Pod koniec 2017 roku wraz z Krystianem – przyjacielem ze studiów wyruszyliśmy drogą łańcucha bałtyckiego na spotkanie z przygodą, którą postanowiliśmy nazwać „Baltica Express” inspirując się znanym i lubianym programem „Asia Express”. Co prawda nie podróżowaliśmy autostopem – w zimie jest to zadanie bardzo trudne, ale zwiedzaliśmy, spotykaliśmy ludzi i jedliśmy niespotykane w Polsce rzeczy. Wszystko w expresowym tempie – na każdą stolicę poświęciliśmy 2 dni.

Cel 1: Spędzić ciekawie Sylwestra

Tak międzynarodowego towarzystwa podczas Sylwestra z pewnością nie miałam w całym swoim życiu. Pijąc szoty  z Rosjanami, rozmawiając z dziewczyną z Alabamy (po cichu nucąc „Sweet Home Alabama”), żartując ze Szwedem, wznosząc toast z Peruwiańczykiem, poznając Włochów, czułam, że świat nie ma granic.

Obsługa naszego hostelu w centrum Rygi była na tyle miła, że urządziła nam imprezę sylwestrową. Z pozoru nie było to nic wielkiego – po prostu siedzieliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Jednak dzięki temu, że mogłam poznać tylu wspaniałych ludzi ze wszystkich zakątków świata wiedziałam, że to jeden z najlepiej spędzonych Sylwestrów w moim życiu. Pijąc z Krystianem rosyjskiego szampana w świetle rozbłyskających fajerwerków wspominałam poprzednie dni i zastanawiałam się co spotka nas w kolejnych dniach podróży, mając nadzieję na wspaniałe rozpoczęcie nowego – 2018 roku.

                          

Cel 2: Zwiedzać

Zobaczyliśmy mnóstwo interesujących miejsc, każde miasto okazało się mieć swój własny klimat i wspaniałą atmosferę.  Co zachwyciło mnie w każdym z nich? Gdybym miała zobaczyć tylko jedną rzecz w każdym mieście to co by to było? 

Wilno

Podejrzewam, że stolica Litwy to jedno z najważniejszych miast dla polskich turystów. Ostra Brama, pierwsze moje skojarzenie z Wilnem przed wyruszeniem w podróż, natychmiastowo rzuca się w oczy. Zwłaszcza jeśli mieszka się w hostelu, który jest tuż obok niej. Co jednak ciekawe, ostra brama to zabytek ważny jedynie dla Polaków – żadni inni turyści jej nie znają, nie widnieje w niepolskich przewodnikach. Oczywiście warto do niej zajrzeć. Z pewnością robi ogromne wrażanie. Gdybym jednak miała możliwość zobaczenia tylko jednej rzeczy w Wilnie z pewnością nie byłaby to Ostra Brama.

To, co mnie zachwyciło w Wilnie to jego różnorodność. Stolica Litwy to miasto, w którym przeplatają się ludzie różnych narodowości, wyznań i kultur. Ten niezwykły tygiel widać w każdym zakątku miasta. Piękne cerkwie i kościoły katolickie przeplatają się ze sobą. To także miasto gdzie dobrze czują się artyści i ludzie odrzucający dominujący nurt kulturowy. Niezwykłe miejsce do rozwijania swojej twórczości z pewnością stwarza im Republika Zarzecza – alternatywne państwo powstałe w jednej z dzielnic Wilna.

Gdybym miała wybrać jedno miejsce w Wilnie, które najbardziej zapadło mi w pamięć, to byłaby to Ulica Literacka. W 2008 roku grupa artystów ozdobiła tę ulice dziełami sztuki nawiązującymi właśnie do literatów. Wybrani artyści mają tam płytki ich upamiętniające. Są to głównie poeci i pisarze litewscy, jednak nie brakuje też i artystów innych narodowości, w tym Polaków. Ku mojej uciesze miejsce tam znalazł również mój ulubiony poeta – Konstanty Ildefons Gałczyński.

                              

Ryga

Pierwsze wrażenie z Rygi – cudowna świąteczna atmosfera. Zwiedzanie miasta w otoczeniu świątecznych targów i przepięknych ozdób to czysta przyjemność. Zwłaszcza jeśli ma się okazję zobaczyć wspaniałe ryskie kamieniczki. Ogromne wrażenie robią stare Gildie, obronne wieże i mury, stare bramy. Niestety, większość zabytków, które chcieliśmy zobaczyć w Rydze było zamkniętych z powodu Sylwestra i Nowego Roku.

Gdybym miała okazję zobaczyć jedno miejsce w Rydze byłby to Dom Czarnogłowych. Budynek został wzniesiony na początku XIV wieku jako dom Bractwa Czarnogłowych – stowarzyszenia skupiającego bogatych i nieżonatych kupców pochodzenia niemieckiego, mających znaczny wpływ na dzieje miasta. Budowla,  zburzona w czasie II wojny światowej, została odbudowana w stylu gotyckim – w stylu w którym pierwotnie została zbudowana. Obraz dopełnia także pomnik Rolanda stojący tuż przed budynkiem.

Tallin

Stolica Estonii to bez wątpienia moje ulubione miasto spośród wszystkich, które zobaczyłam, mimo, że rozchorowałam się podczas pobytu w nim. Nie zważając na gorączkę, która mnie dopadła, z entuzjazmem przemierzałam uliczki starego miasta. Całe stare miasto w Tallinie otoczone jest murami obronnymi, co tworzy w pewien sposób wyizolowaną część miasta. Atmosfera Hanzy, którą nie bez powodu szczycą się mieszkańcy Tallina, tworzy wspaniały klimat miasta. Co najbardziej zachwyca w Tallinie? Z pewnością są to klimatyczne małe uliczki. Warto poświęcić czas wchodząc w nieprzetarte zakątki starego miasta, podążając małymi uliczkami z dala od głównego ruchu turystycznego. Odwiedzając Tallin nie można pominąć spaceru wzdłuż murów obronnych miasta, które okalają całą starówkę. Kilkanaście baszt, które spotkamy na tej drodze to piękne zabytki architektoniczne. Warto też wejść na wzgórze zamkowe, z którego można obserwować Tallin z góry i podziwiać, kolejny raz, stare mury obronne miasta.

Jedna atrakcja która zachwyciła mnie w Tallinie – uliczka – a konkretnie pasaż Świętej Katarzyny. Wejście tam to gwarancja przeniesienia się w czasie. Brukowana ulica z pięknymi łukami, a nieopodal małe artystyczne wytwórnie, odtwarzają atmosferę Hanzy.

              

Helsinki

Podróż promem z Tallina przeniosła nas do zupełnie innego świata. Musieliśmy zapomnieć o wydzielonych starówkach, brukowanych ulicach i basztach obronnych. Helsinki to miasto zdecydowanie najbardziej nowoczesne ze wszystkich które widzieliśmy w czasie naszej podróży. Niestety, jego atmosferę psują ceny… Wiedzieliśmy, że Skandynawia jest droga, ale i tak ceny nas zaskoczyły. Mimo wszystko udało się zobaczyć kilka ciekawych rzeczy. Przede wszystkim główny plac w Helsinkach z pomnikiem Cara Aleksandra II oraz monumentalną katedrą luterańską, która robi większe wrażenie na zewnątrz niż po wejściu do środka, a także dzielnicę portową, która stanowi jakby odrębną część miasta i z pewnością tworzy w pewien sposób unikatową atmosferę. Niestety nie mieliśmy możliwości wejść do najważniejszej cerkwi w Helsinkach, a szkoda, bo sądząc po tym, co można zobaczyć z zewnątrz, jej wnętrze musi być równie zachwycające.

Co najbardziej zapadło mi w pamięci po wizycie w Helsinkach? Na pewno jest to Skalny Kościół. Warto do niego zajrzeć mimo, że usytuowany jest poza centrum miasta. Zbudowany w 1969 roku przez braci Susomalainen zachowuje skalisty charakter miejsca, w którym stoi. Podziemny kościół zbudowano wewnątrz granitowych skał. Z zewnątrz nie wydaje się on czymś wyjątkowym – możemy dostrzec jedynie jego kopułę. Po wejściu do środka czeka nas jednak imponujący widok. Naturalne światło, rozbłyskające świece i muzyka przepięknie rozbrzmiewająca z organów dzięki niesamowitej akustyce, tworzą w kościele atmosferę, która na długo pozostanie w mojej pamięci.

 

 

Cel 3: Spróbować lokalnego jedzenia

Jedną z pierwszych rzeczy jaką zobaczyliśmy w sklepach spożywczych w Wilnie były ciastka w kształcie grzybów. Ludzie kupowali je opakowaniami. My jednak woleliśmy być ostrożniejsi w stosunku do tego wynalazku i kupiliśmy je dopiero w sklepie, w którym można było dostać pojedyncze sztuki. Grzyby bowiem, delikatnie mówiąc, nas nie zachwyciły. Było to zwykłe ciasto z „kapeluszem” oblanym czekoladą (który jeszcze można było jakoś przeżyć) i „nóżką” całą oblepioną zwykłym białym cukrem (co już ciężej było przeżyć). Nie polecam również kisielusa – picia, które smakuje jak rozwodniony kisiel. Natomiast rosyjski napój o leśnym smaku okazał się być naprawdę smaczny, podobnie jak bliny (naleśniki) w różnych odmianach.

W Rydze zjedliśmy przepyszne pielmieni – rosyjskie pierożki z różnego rodzaju nadzieniem a także soliankę i czarną fasolę ze skwarkami. W Tallinie natomiast nasze kulinarne przeżycia wzniosły się na wyżyny. Poszliśmy na obiad do miejsca, które stylizowane było na średniowieczną karczmę. Mimo długiej kolejki nie zrezygnowaliśmy z możliwości zjedzenia w tym miejscu. I było naprawdę warto. Kiełbasa z byka podana w drewnianych miskach a do tego grzane wino w drewnianych kuflach smakowały niesamowicie jedzone przy drewnianych ławach w pomieszczeniu oświetlonym jedynie świecami.

Nie mogłam wyjechać z Finlandii nie kosztując mięsa z renifera – tradycyjnej potrawy na wigilijnym stole. Było bardzo dobre, choć jak dla mnie zdecydowanie za słone. W Helsinkach mieliśmy jeszcze okazję spróbować tradycyjnego ciastka wypełnionego ryżem.

Cel 4: Dać się zaskoczyć

Co zaskoczyło mnie w odwiedzonych państwach? Przede wszystkim wszechobecny język rosyjski. Każdy mówił w swoim narodowym języku oraz po rosyjsku. Z miejscowymi zdecydowanie łatwej było rozmawiać po rosyjsku niż po angielsku. Zaskakuje również obecność wielu polskich produktów w krajach nadbałtyckich. O ile w Wilnie nie było to ogromne zaskoczenie, o tyle już wszechobecność produktów Mlekovity w Tallinie zdecydowanie dziwi. Nawet w Helsinkach natknęłam się na sklep w którym były tylko i wyłącznie polskie produkty. Rozmawiając z panią sprzedawczynią dowiedziałam się, że Finowie uwielbiają polskie kabanosy i bardzo często je kupują. Przez godzinę różnicy między Polską a krajami które odwiedziliśmy bardzo późno robiło się jasno i zdecydowanie później niż w Polsce robiło się również ciemno. Przygotowana na siarczyste mrozy (w końcu był to koniec grudnia – początek stycznia) zaskoczona byłam również dość wysokimi temperaturami, które panowały w odwiedzanych przez nas krajach. Do listy na pewno należy dodać jeszcze język fiński, który jest niepodobny do żadnego wcześniej znanego mi języka i wydaje się być tak trudny, że nie sądzę, bym kiedykolwiek miała ochotę się go nauczyć.

Cel 5: Kupić sweterki

Choć może się to wydawać śmieszne, to jednym z głównych celów naszej wyprawy było kupienie sobie ślicznych świątecznych sweterków. Na szczęście obydwojgu z Nas udała się ta sztuka – wróciliśmy do Warszawy z estońskimi sweterkami.

„Witamy na lotnisku Fryderyka Chopina w Warszawie” – słyszę głos kapitana i przestawiam swój zegarek o godzinę w tył. Myślę sobie że to pewien paradoks. To tak jakbym się cofała. A przecież wszystko poszło w przód. Nowy rok, nowe znajomości, nowe przygody no i nowy sweterek. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *