Żywot Górala robotnego

Student też człowiek i jeść musi. Dlatego niedługo po przyjeździe do Kościeliska kierujemy swoje kroki w stronę pobliskiego sklepu spożywczego, wyposażeni nie tylko w reklamówki i plecaki, ale także w bagaż wyobrażeń o góralskości. Zaraz przy kasie leży „Tygodnik Podhalański” – bierzemy kilka egzemplarzy i nastawieni na ekscytującą analizę dyskursu zaczynamy lekturę. Wśród ogłoszeń z regionu znajdujemy artykuł z cyklu „Portrety polskich górali”. W tym tygodniu bohaterem jest pan Sebastian Kania „twardy jak skała góral z Łapszanki”, który opowiada o „żywocie człowieka robotnego”.

„Góralem jest ten kto kocha tą ziemię”

W jesienny październikowy poranek w grubych kurtkach, czapkach i rękawiczkach spotykamy się na dworcu centralnym w Warszawie. Mówią, że socjologii najlepiej uczy się na wyjazdach badawczych, więc i my jedziemy to sprawdzić. Przysypiając w pociągu raczej jeszcze nikt z nas nie śni o badaniach, ale już na dworcu w Krakowie czuć, że góry są blisko. Zaczynam zastanawiać się kogo tam spotkam, czy zobaczę coś innego niż na zakopiańskich Krupówkach. W plecaku, w teczce, wraz z pismem mówiącym o tym, że jestem socjologiem, a nie złodziejem stosującym metodę „na babcię”, tkwi scenariusz wywiadu. Podobno dzięki niemu mam się dowiedzieć jakim etosem kierują się prawdziwi górale.
Kilka dni później siedzę na ławeczce w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem i kolejny raz zadaję pytanie „Kim jest dla Pani prawdziwy góral/prawdziwa góralka?” Pani, która sprzedaje podhalańskie kartki odpowiada mi, że to „ktoś pochodzący z tych terenów, tu urodzony.” Przytakuję i kiwam głową ze zrozumieniem – słyszę podobną odpowiedź już kolejny raz. Gdybym miała po tym wyjeździe namalować portret „prawdziwego” górala i „prawdziwej” góralki na pewno kochali by oni swoją ziemię – a przynajmniej tak by deklarowali. Próbuję sobie zwizualizować tę deklarację… Cieszę się, że studiuję na Wydziale Filozofii i Socjologii, a nie na Akademii Sztuk Pięknych – obawiam się, że malowanie prawdziwego górala mogłoby się skończyć nadającą się do śmieci abstrakcją. Miłość do ziemi w ustach naszych rozmówców jest idylliczną cechą, którą każdy prawdziwy góral powinien posiadać. Bo Góralem jest „ten, który tą ziemię przede wszystkim ukochał i jej tradycję i czuje się pośród właśnie pięknej przyrody, pośród właśnie podhala, jego tradycji dobrze, to jest właśnie góral według mojej oceny.”
Nie wiem czy Edward Stachura pisząc wiersz „Sanctus” inspirował się etosem góralskim – raczej nie, w końcu to nie Kazimierz Przerwa-Tetmajer – ale jego słowa „święta święta święta – ziemia, co nas nosi” oddają postawę, jaką górale darzą ziemię. Niektórzy o tej postawie mówią wprost – „czyli ziemia to była świętość” – u innych deklaracja ta uwidacznia się bardziej w sferze zachowań. Ludzie zwykli wytwarzać skomplikowany zestaw reguł wokół zachowań czy dóbr, które stanowią dla nich szczególną wartość. Podobnie stało się z ziemią w przypadku górali. Nadanie szczególnego znaczenia ziemi uwidacznia się między innymi w zwyczajach świątecznych, taki jak ten dotyczący rozsypywania owsa w domu – „On po prostu leżał, czy on był na podłodze, czy w sieni, on po prostu leżał. Tylko wolno było ten owies sprzątnąć w drugi dzień, czyli w Szczepana i na przykład mama to miotełką co z grubsza pozgarnywała i święciła ten owies…” Wartość ziemi uwidacznia się także w regułach jej dotyczących.
Podczas wyjazdu dowiedzieliśmy się, że wśród niektórych górali wciąż przestrzegany jest nieoficjalny zakaz sprzedaży ziemi obcym. Okazuje się, że „nie powinno się, dawniej się mówiło, że nie powinno się ziemi obcym sprzedawać, całkiem obcym, spoza terenu, ziemi, która przechodziła po prostu z dziadka na ojca i dzieci.” Jeden ze starszych górali, z którym mieliśmy okazję rozmawiać bardzo nieprzychylnie patrzył na zjawisko sprzedaży ziemi w Kościelisku. Wspominał on dawne czasy, kiedy doskonale było wiadomo kto mieszka w każdym domu, „a teraz jak się idzie, patrzy się do książki telefonicznej, to ja w ogóle nie wiem co to za nazwiska, skąd to, ze świata, nie wiadomo kto, co, kto to kupił, nagle okazuje się zagrodzone.” Tak jak prawdziwym góralem jest ten, kto ziemię podhalańską pokochał, to tak samo nieprawdziwym jest ten, który jej nie szanuje. Ziemię, według naszych rozmówców można „zbezcześcić” na kilka sposobów. Jednym z nich jest na pewno jej sprzedawanie obcym – jeden z naszych rozmówców mówi o nieprawdziwości niektórych górali w Zakopanem, którzy „posprzedawali ziemię i wyjechali na obrzeża.” Nie jest prawdziwym także góral, który na ziemi nie pracuje, wtedy staje się – jak twierdzi ksiądz z Kościeliska – „takim cepeliowym góralem.”

„Jak się chce tu u nas być, to trzeba pracować”

Wysiadamy na przystanku w Chochołowie. Powoli zaczyna zmierzchać, pada gęsty śnieg – zrobiło się pięknie. Dom pani Hafciarki, z którą mamy rozmawiać jest zaraz obok przystanku. Stajemy pod dachem, otrzepujemy się ze śniegu i nieśmiało pukamy do drzwi. Nikt jednak nie odpowiada, w środku jest ciemno – ewidentnie nikogo nie ma. Opieramy się o drewnianą ścianę i obserwujemy sławne chochołowskie domy pokrywające się powoli śniegiem. Z marazmu budzi nas wjeżdżający na podjazd samochód. Za kierownicą siedzi wyczekiwana przez nas pani hafciarka. Bardzo przeprasza nas za spóźnienie, ale musiała dłużej zostać w pracy. Otwiera dom i zaprasza do środka. Gdybym miała namalować pracę, to namalowałabym właśnie ten dom. W przedpokoju leżą dziesiątki haftów, wszędzie na klamkach wiszą metry krawieckie. Siadamy do stołu na którym leży cerata, a pod nią bliżej niedookreślona, ale z pewnością bardzo duża liczba materiałów. Zaraz obok stoi maszyna do szycia. Hafciarka stawia wodę na herbatę i na chwilę wychodzi – musi jeszcze nakarmić konia. Rozglądamy się dookoła z Łukaszem, nieśmiało podziwiając hafty – to będzie dobry wywiad.

Dużą część naszego wywiadu zajmuje rozmowa o pracy. Hafciarka nie tylko opowiada nam jak nauczyła się haftu, ale również mówi o zasadach związanych z pracą na Podhalu. Bo górale deklarują się jako ludzie pracowici. W odpowiedzi na zadawane wielokrotnie pytanie „Jakie cechy ma prawdziwy góral/góralka?” prawie zawsze pojawiała się pracowitość. Wokół pracy, podobnie jak wokół ziemi, wytworzył się dyskurs, którego górale bardzo często i bardzo chętnie używają do opisywania siebie samych. „Na pewno górale są bardzo pracowici, mają w sobie taki upór” – powiedziała nam pani pracująca w góralskiej karczmie. Temat pracy i jej dużej roli dla górali pojawiał się praktycznie każdej rozmowie.
W czasie wywiadów pytaliśmy również o „granice przedsiębiorczości górala/góralki.” Zastanawiało nas, czy są jakieś czynności, których góral nie powinien wykonywać albo czy są jakieś granice pracy dla „obcych.” Nasi rozmówcy zazwyczaj przecząco kręcili głową, bo przecież „po to się robi, żeby zarobić.” Praca staje się często priorytetem, pozwalającym nagiąć inne zasady – na przykład te religijne – jeśli trzeba w niedzielę również się pracuje: „można iść i te snopki związać. Bo to chodziło o to, żeby pozbierać z pola (…) No bo scernieje i szkoda tego wszystkiego, a to jest zboże no nie. Po prostu tak jakby był to dar Bozy i trzeba to schować i wykorzystać tą pogodę.” Podobne zasady dotyczą pracy ze zwierzętami – „I to jest robota, trzeba wstawać, każdy dzień, świątek, piątek, nie ma święta bo trzeba iść do niego, trzeba zwierzę nakarmić. Nie ma, że dziś nie idę” – powiedział nam jeden z górali z Kościeliska. Ważny jest także szacunek do pracy – pani hafciarka dużą część rozmowy poświęciła opowiadając, jak ważne jest to, by hafty się nie „poniewierały”. Z przykrością mówiła o ręcznie wyszywanych strojach góralskich, które daje się przyjezdnym na prezent, a później niszczeją, bo „on se tu weźmie, a tam włoży do jakiegoś worka czy pudła na śmieci i tyle będzie z tego. Po wszystkim.” Górale nieprzychylnie wypowiadają się także o tych, którzy nie pracują. Bo „nie żyjąc na ziemi, nie pracując na ziemi górale się psują, stają się takimi cepeliowymi góralami” – twierdzi ksiądz z Kościeliska.
Zastanawialiśmy się także jak górale postrzegają obecność wielkich mas turystów na Podhalu – czy raczej im to przeszkadza i denerwuje, czy może postrzegają to jako korzyść. Turysta to raczej miło widziany gość, bo daje pracę. Jak mówiła nam pani hafciarka pytana o przyjezdnych turystów – „my no tym zyskomy, no bo wiadomo, że jak się cos zrobi, a ktoś ode mnie kupi, no to się zarobi.” Jeden z naszych rozmówców – pan etnograf – wprowadził rozróżnienie na dobrych i złych turystów. Dobrzy to ci, którzy dają pracę, do nich ma się szacunek – nazwał ich gośćmi. Natomiast źli, to ci, którzy przyjeżdżają tu i zabierają pracę w nieudolny sposób – to cepry.

„Żywot człowieka robotnego”

Po przejściu krótkiego kursu haftu, który zawdzięczamy naszej rozmówczyni, wracamy z Łukaszem do reszty niestrudzonych badaczy – do naszej przystani w Kościelisku. W kuchni, przy herbacie, zaczynają się rozmowy o badawczym dniu – to już nasz kolejny dzień na Podhalu i niektórzy zaczynają zaciągać po góralsku. Na stole leży „Tygodnik Podhalański”, który kupiliśmy pierwszego dnia. Postanawiam jeszcze raz przypomnieć sobie „żywot człowieka robotnego”. Wspomniany starszy góral – Sebastian Kania – „twardy jak skała góral z Łapszanki” mówi dziennikarzowi: „Jak się chce robić to robotę zawsze znajdziesz. Jak mi ktoś mówi, że nie ma co robić, to śmiech mnie bierze. Robota jest zawsze, choćby podwórko pozamiatać.”
Już dawno ochłonęliśmy po wyjeździe. Wszystkie historie – zarówno te badawcze jak i towarzyskie – zostały opowiedziane. Wydaje się, że nie ma do czego wracać, a mimo wszystko, co chwilę „ekipa góralska” (jak zaczęli nas niektórzy nazywać) męczy innych studentów swoimi opowiadaniami. Na moje szczęście tematy z wyjazdu badawczego przewijają się na okrągło – dzięki temu jest mi łatwiej, gdy po kilku miesiącach muszę wrócić do materiału pisząc ten tekst. Zasiadam do mojego komputera, parzę ulubioną czarną jak smoła herbatę i mozolnie zaczynam przeglądać wszystkie transkrypcje wywiadów i notatki. Już na wyjeździe wiedziałam, że chciałabym napisać o roli pracy i ziemi – teraz jedynie utwierdzam się w tym przekonaniu. Zaznaczając na żółto kolejny cytat dotyczący ziemi i pracy coraz intensywniej zastanawiam się, z czego to wynika. Uruchamiam więc niezawodną wyszukiwarkę Google Scholar i szukam tekstów o góralszczyźnie. Natrafiam na artykuł Jana Święcha i Stanisławy Trebunii-Staszel „Kultura ludowa Polski Południowej (Małopolski), na przykładzie dwóch grup etnograficznych: Górali Podhalańskich i Rzeszowiaków.” Lokalny patriotyzm zmusza mnie do nerwowego przeglądania kolejnych stron. Czytam o licznych zwyczajach Rzeszowiaków i ze smutkiem stwierdzam, że mało z tych dawnych obyczajów pozostało, co więcej, ten artykuł jest pierwszym miejscem, gdzie o takowych przeczytałam. Następne strony poświęcone są kulturze ludowej Podhala. Czytając ten fragment przypominają mi się niedawne rozmowy z góralami. Autorzy piszą o zwyczajach, o których opowiadali także nasi rozmówcy – o tym, że „po wieczerzy [wigilijnej] gospodarz udawał się do obejścia, by zanieść zwierzętom resztki wigilijnej wieczerzy i kolorowy opłatek”, albo o snopku owsa, który „przed wieczerzą wigilijną przynosił do izby gospodarz i stawiał go w kącie „co by w nowym roku był urodzaj.”
Zainteresowana opisem dawniejszych zwyczajów staram się sięgnąć do historycznych źródeł. Z pomocą przychodzi mi znów niezastąpiony Google Scholar, w którym natrafiam na dwie „perełki”. Jedną z nich jest artykuł Anny Pigoń – „Gazeta Podhalańska. Problematyka, zadania i funkcje”, w którym autorka zajmuje się analizą wybranych periodyków z lat 1913-1945 oraz 1946-1947. Omijam mniej interesujące mnie strony dotyczące polityki, by w końcu natrafić na artykuł z numeru 6 z roku 1913 zatytułowany „Dwanaście przykazań dla gaździn i wogóle kobiet”. Fragment zawiera 12 przykazań przysłanych do redakcji przez gazdę z Maniów. Punkty dotyczą zasad, których powinny przestrzegać gaździny, w tym tych dotyczących pracy. Do najciekawszych należą następujące punkty:
3) Nie musi iść rano do kościoła, jeśli garnki ma zostawione przy ogniu w kominie, bo zamiast pomodlić się w kościele, to będzie myślała o garnkach.
4) Niek nie najmuje ludzi do takich robót, które potrafi sama zrobić.
10) Niek się nie zegna długo z kumoską przy progu, pod strzechą, jeźli ma omaste lub mleko przy ogniu.
Jako, że czytanie o tym „jak drzewiej bywało” jest zawsze pasjonującym zajęciem, sięgam do artykułu Joanny Dziadowiec „Góralskie reprezentacje, czyli rzecz o Podhalanach i ich kulturze”, by odnaleźć w nich fragmenty, które po „naukowemu” opisują to o czym mówili nam górale. Pani sprzedająca kartki z Muzeum Tatrzańskiego powiedziała mi, że górale są pracowici ponieważ „tu były ciężkie warunki na Podhalu i po prostu ludzie przywykli do takiej ciężkiej pracy”. Natomiast Joanna Dziadowiec przytacza słowa Karola Szymanowskiego (tak właśnie tego sławnego kompozytora), który pisze, że „możliwość utrzymania tutaj życia [na Podhalu] zaczynała się na wąziutkiej grani najwyższego indywidualnego wysiłku.”
Zafascynowana słowami Szymanowskiego i zaskoczona, że napisał je „ten Szymanowski” (w przypisie w artykule Joanny Dziadowiec widniało tylko tajemnicze K przy nazwisku, co równie dobrze mogłoby oznaczać Konrada, Kacpra czy Krystiana Szymanowskiego) postanawiam zachować się tak, jak „drzewiej bywało” i skierować swoje kroki do biblioteki uniwersyteckiej. Po długim kluczeniu w labiryncie liter HM, DK i ML – mówiących coś jedynie regularnym użytkownikom biblioteki – wracam do stolika z naręczem książek i nadzieją, że mój komputer wciąż pozostał na swoim miejscu. Na szczęście wciąż tam jest, mogę więc spokojnie zabrać się do pracy i na chwilę przenieść się do świata dziewiętnastowiecznego Podhala, kiedy Ludwik Kamiński napisał najdawniejszą monografię etnograficzną Podhala (a przynajmniej tak twierdzi podtytuł) „O mieszkańcach gór tatrzańskich.” Moją uwagę przykuwa już sam wstęp, w którym Kamiński opisuje liczne przymioty tytułowych „mieszkańców góra tatrzańskich” wymieniając wśród nich „wrodzoną miłość i przywiązanie do rodzinnej ziemi.”
Rozochocona zarówno barwnym językiem jak i treścią, zawzięcie czytam kolejne kartki, by wreszcie dotrzeć do obszernego podrozdziału „Zatrudnienie” – znalazłam to, czego szukałam. Już pierwszy akapit rozbudza mój apetyt intelektualny – „Górale nad podziw pracowici, przebiegli, rachunkowi i zarobkowi. Pole niektórym nie zdołałoby liczną rodzinę wyżywić z całą czeladzią i satkiem ich domowym, dlatego oni to nie znają święta, tylko o tyle, o ile mszy świętej odsłuchają i pomodlą się w kosciółkach” pisze autor. Dalsze fragmenty także mnie nie zawodzą. Gdy czytam „gdzie rząd w domu, ład w polu i porządek pracą utrzymany, niepodobna, by Góralowi ubóstwo w drzwi zakołotało: ma wszystkiego na tyle pracą zdobytego, co koniecznym bywa do życia” przypominają mi się słowa starszego Górala, który mówił o tym, że „ludzie potrafili sobie radzić, no i potrafią sobie radzić. I tu pojadą, tu zarobią i tu murują i tam murują i na tym się znają na tamtym się znają i tu u nas nie ma bezrobocia, bo jak tu nie ma roboty to on jedzie do Olsztyńskiego i tam buduje, a jak nie to jadą do Szwecji czy do Holandii.” Kamiński, podobnie jak „nasi” Górale, nie próżnuje w zachwalaniu góralskich przymiotów, pisząc dalej, że „Góral szczęśliwy, wesoły przy ziemi i powietrzu tak nieżyczliwym, zamożniejszy niż inny mieszkaniec ziemi polskiej.”

„Miłość swojej ziemi mocniejsza w nim od ponęty wszelkiej zysku”

Dlaczego? To jedno z pytań, które każdy z nas uwielbia zadawać. Wystarczy posłuchać małych dzieci, które uwielbiają wprowadzać swoich rozmówców w niekończący się łańcuch pytań „czemu?” Także ja zapytałam dlaczego? – dlaczego dla Górali tak ważna jest ziemia. Zapytałam przede wszystkim sama siebie. Odpowiedzi szukałam wśród ekspertów – czyli moich rozmówców, to przecież oni mają o wartościach góralskich najwięcej do powiedzenia. Zazwyczaj przy poruszanym temacie pracowitości pojawiało się uzasadnienie ciężkimi warunkami przyrodniczymi w jakich zwykli byli mieszkać Górale. „Po prostu były trudne warunki i górale, którzy tu mieszkali musieli mieć twardy charakter, żeby po prostu przeżyć, bo było trudniej niż na nizinach, gdzie rosła pszenica, zboża, gdzie można było mieć chleb, tutaj nawet ziemniaki nie chciały urosnąć ani owies, więc na pewno góral to ktoś, kto jest związany z tym terenem” – powiedziała nam pani z karczmy. Podobnie zamiłowanie do ziemi i etos ciężkiej pracy uzasadniali także inni Górale.
Z pewnością prawdą jest, że w XIX wieku, gdy inteligencja zaczęła przyjeżdżać na Podhale warunki w tym regionie były surowe i cięższe niż w reszcie części Polski. Myślę, że gdyby Monteskiusz przyjechał na Podhale znalazłby dużo reguł potwierdzających słuszność jego postulatu, głoszącego przykładanie dużej wagi do właściwości geograficznych danego regionu. Monteskiusz na Podhale co prawda nie przyjechał, ale przyjechali inni inteligenci. Jednym z pierwszych był Stanisław Staszic, który w dziele „O ziemiorodztwie Karpatów (1815)” wychwala niezmierną pracowitość Górali, którzy „tę ziemię lubią, na tych gołych skałach, gryząc suchar owsiany, równie jak kamień twardy, znajdują więcej powabów niżeli na każdej innej najobfitszej ziemi.” Za Staszicem przyjechali kolejni, na czele z Witkiewiczem, którego „kilkanaście lat spędzonych w Zakopanem sprawiło, że wpisał się na trwałe w historię tej miejscowości i całego Podhala” – jak pisze Jan Hodóra w książce „Góralszczyzna”. I chociaż o dawnej surowości klimatu i ciężkości pracy powiedzieć na Podhalu można coraz mniej – zwłaszcza jeśli pracuje się sprzedając oscypki na Krupówkach – to czytając relacje z Podhala z XIX wieku można odnieść wrażenie, że w temacie roli ziemi i pracy dla Górali Podhalańskich niewiele się zmieniło. Mimo, że na Podhalu (a zwłaszcza w Zakopanem) w niezmiernie szybkim tempie przybywa nowych inwestycji, to dla większości naszych rozmówców wciąż aktualne są słowa Kamieńskiego: „na szyderstwa naraża się ten, kto nie pomnaża stanu posiadania, i ten, kto roztrwonił majątek odziedziczony.” Możemy się zastanawiać czy gdyby nie tacy ludzie jak Staszic, Witkiewicz, Szymanowski, Kamieński czy Goszczyński nie wychwalali pracowitości i góralskiego umiłowania do ziemi to wciąż w XXI wieku słyszelibyśmy o tym, że górale to ludzie pracowici i ci, którzy „tę ziemię umiłowali”.

„Kieby nie łowiecki, kieby nie barany…”

Powyższe słowa są fragmentem piosenki której nauczył nas Paweł Łojas – Góral, który poprowadził dla nas warsztaty z góralskiego śpiewu i tańca. „Kieby nie łowiecki, kieby nie barany, to ja bym se chodził, cały łobtargany” śpiewaliśmy przy dźwiękach gęśli. W Muzeum Tatrzańskim naszym oczom ukazała się góralska sztuka. Pan Etnograf przyjechał do nas, by opowiedzieć o góralskim stroju. Ilekolwiek razy będziecie oglądać góralskie obrazy, patrzeć na góralski strój czy podróżować samochodem po Podhalu, mijając tabliczki z nazwami kolejnych miejscowości, przypomnijcie sobie o roli ziemi i pracy dla górali – kwiaty na góralskich strojach, słowa piosenek, czy nazwy takie jak „Polany” nie wzięły się znikąd. Z tyłu głowy wciąż brzęczy mi pytanie (być może Wam też) czy Górale naprawdę tak bardzo kochają ziemię i czy faktycznie są tak niestrudzeni w swojej pracy – nie nam jednak to oceniać, a na pewno nie na podstawie pięciodniowego wyjazdu badawczego. Pozostaję więc wierna myśli jednego z moich profesorów z antropologii, który powiedział, że jeśli jakaś społeczność wierzy w smoki to my również mamy w nie wierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *