Święta z nieznajomym?

Zagrajmy w skojarzenia. Hasło: „Święta”. Pierwsze konotacje? Dom, śnieg (opcjonalnie), jedzenie, prezenty, rodzina i jakiś okropny świąteczny przebój. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie dni 24-26 grudnia bez chociaż jednej z tych składowych? Cóż, niektórzy nie mają i wyboru, i nawet jednej pozycji z tej listy.

Jeden z najpopularniejszych świątecznych hitów został napisany podczas przeżywania pewnych perturbacji związanych z próbą powrotu do domu zimą 1978 roku.
W tym czasie, nieznany jeszcze szerszej publiczności, brytyjski piosenkarz imieniem Christopher był w tak kiepskiej sytuacji finansowej, że nie było go stać na bilet. Niedawno opuścił go menedżer, a jeszcze wcześniej stracił prawo jazdy, więc spod legendarnego studia na Abbey Road musiała odebrać go żona. Joan Rea (bo tak się nazywa jego wybranka) musiała pokonać odcinek Middlesbrough – Londyn dwa razy. Raz po biednego Chrisa i drugi raz z biednym Chrisem na fotelu pasażera. W sumie około 966 km. Pech chciał, że śnieg zaczął padać na tyle mocno, że w drodze powrotnej utknęli w zupełnie beznadziejnym korku. I gdy tak zasypani warstwą grubego puchu grzęźli wśród nieruchomej kolumnady samochodów, Chris powiódł wzrokiem po współtowarzyszach niedoli i spontanicznie, ironicznie zanucił: „driving home for Christmas…”.

Ta krótka anegdota ilustruje nam nie tylko okoliczności powstania, najprawdopodobniej katowanej w tej chwili niemiłosiernie, uroczej zimowej piosenki, ale także podpisuje się pod odwieczną tendencją do traktowania Świąt i domu jako integralnej całości. Nie przypomina nam bowiem o tym tylko Chris Rea, przypominają banery i spoty reklamowe oraz tematyczne produkcje filmowe. Przypominają, bijąc donośnie na alarm: supermarkety, social media i kościoły. Przypomina i tradycja.

Niezależnie od kręgu kulturowego (czego dobrym przykładem są Chiny i tamtejszy Nowy Rok), data odprawiania najważniejszych rytuałów zbiega się z datą największych w skali roku migracji wewnętrznych i jest to na tyle banalne stwierdzenie, że nic nie stoi na drodze do jego niepodważalności. Wszyscy jadą do domu na Święta. Wszyscy?

Przy wyjściu ze śródmiejskiego przejścia podziemnego, które wychodzi na pozostałości po rotundzie, od dawna można już spotkać faceta z odsłoniętymi, makabrycznie wyglądającymi nogami.
Rozległe rany, przypominające dziury w kończynach i kartonowa tabliczka informują nas o sytuacji mężczyzny – jest bezdomny, bez grosza i grozi mu amputacja obu nóg. Stoi nieruchomo, w tej samej pozycji, choć wyraźnie się trzęsie. Czasem zmienia nogę do pokazywania, a drugą chowa pod nogawką spodni. Musi – w końcu temperatura jest na minusie. Ma na imię Bartek. Zeszłoroczne Święta spędził w piwnicy, w której pomieszkuje. Samotnie, wśród rupieci. W tym roku ugościć ma go życzliwa kobieta z mieszkania na piętrze. Cieszy się, że będzie miał prawdziwą Wigilię. Na pytanie o wsparcie ze strony Warszawy w ten świąteczny czas (zgodnie z ustawą o pomocy społecznej, to gmina odpowiada za pomoc bezdomnym), żachnął się. Przyznaje, że organizowane są liczne wigilie, w większości otwarte, gdzie można coś zjeść, ale to wszystko dzieje się dwa tygodnie do tygodnia przed Świętami.

Pracownicy warszawskiego Pogotowia Interwencji Społecznej potwierdzają, że te bożonarodzeniowe spotkania są najpopularniejszym sposobem pomocy potrzebującym. Przyciągają ubogich, samotnych i bezdomnych tłumnie; choć niektóre odbywają się w zamkniętym gronie podopiecznych danej fundacji. Informacje dotyczące dokładnej daty i miejsca tych wyjątkowych kolacji dostępne są zazwyczaj przy jadłodajniach, noclegowniach i innych jednostkach pomocy ubogim. Wiadomości o innych, z większą ilością dostępnych miejsc, roznoszą się także pocztą pantoflową. Na wszystkich uczestnicy zasiadają przy wspólnym stole, jedzą, śpiewają kolędy, na niektórych dostają prezenty. Niemal już wszystkie takie spotkania się odbyły. Rozmawiamy 21 grudnia.

Urzędnicy jednej ze stołecznych dzielnic zwracają uwagę na bardzo ważną rolę otwartych świątecznych kolacji;  równolegle i praktycznie dzień w dzień odbywające się w różnych częściach Warszawy i innych miast Polski, stwarzają całkiem duże szanse na to, żeby w okresie przedświątecznym codziennie dobrze zjeść i, co najważniejsze, pobyć w gronie życzliwych sobie ludzi. To wszystko oczywiście dzięki organizacjom pozarządowym, nierzadko przykościelnym. A co sama dzielnica może zapewnić bezdomnym w czasie Świąt? Przede wszystkim łatwiejszy dostęp do świadczeń socjalnych dla najuboższych. Moi rozmówcy podkreślają, że w przededniu Bożego Narodzenia przykładają szczególną wagę do sprawniejszego i efektywniejszego rozpatrywania wniosków. Z ramienia dzielnicowej pomocy społecznej wysyłane są także delegacje wolontariuszy z paczkami żywnościowymi i skromnymi upominkami dostarczające je ludziom, niemogącym zgłosić się po nie samodzielnie.

A gdzie mają się podziać ci wszyscy, którzy nierzadko nie mają gdzie pójść?
Czy dostają jakieś konkretne wsparcie wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebują; we właściwe Święta? Gdy dochodzi do tak kulturowo miażdżącego przeżywania dat 24 i 25 grudnia, że słupki wskazujące dzienny odsetek samobójstw wybijają się wysoko w górę? Ci najbardziej samotni, w tym okresie natężonych konfrontacji z głęboko utrwaloną i przeidealizowaną wizją Świąt, z całą pewnością nie powinni być sami.

Miasto nie wydeleguje setek wolontariuszy, którzy dopilnują bezdomnych i samotnych w Boże Narodzenie i zapewnią im godne przeżywanie Świąt. Okazuje się, że znaczną częścią ubogich zajmą się niewydelegowani ludzie z okolicy. Przypadek Bartka nie jest osamotniony, co potwierdzają pracownicy Urzędu Dzielnicy, wymieniając znane im przypadki mieszkańców, którzy w nadchodzącą Wigilię przełamią się opłatkiem z tymi, którzy nie mają rodzin. Zostaną ugoszczeni w domach, których sami nie posiadają.

Wśród prawdziwego panteonu polskich tradycji świątecznych najważniejsza wydaje się właśnie ta nakazująca przyjęcie nieznajomego.
Nakrywając do stołu, przygotowuje się dodatkowe miejsce dla „wędrowca”, który, wedle zwyczaju, pukając do naszych drzwi w Wigilię, powinien zostać wpuszczony do środka i stosownie ugoszczony. O tym, że ta tradycja nie jest tylko pustym rytuałem, świadczą także wyniki mojej anonimowej internetowej ankiety. W chwili zamykania tego artykułu dane przedstawiają się tak, że gotowość przyjęcia do siebie nieznajomego 24 grudnia deklaruje aż 116 na 183 osoby, czyli 63,4% badanych.

Może objawy znieczulicy społecznej słabną trochę pod koniec roku?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *