Na pieńku z Koreą

Jedno z pozoru mało ważne wydarzenie, może pociągnąć za sobą liczne konsekwencje. Jednym z nich był tzw. incydent z siekierą, po którym obydwie Koree wciąż patrzą na siebie wilkiem.

Wojna koreańska w latach pięćdziesiątych zebrała śmiercionośne żniwo – w toczonych przez trzy lata walkach zginęło ponad milion osób. Na mocy porozumienia z Panmundżom 27 lipca 1953 wyznaczono m.in. strefę demarkacyjną.

To ciągnący się na kilkaset kilometrów pas o szerokości 4000 metrów bez najmniejszego pocisku schowanego w głębokich trawach strefy. Wbrew pozorom, rozbrojony dukt nie jest gwarantem bezpieczeństwa w regionie. Przestrzeń w pobliżu strefy jest uważana za najbardziej zmilitaryzowaną na świecie.

Jedna topola, amerykańska samowola

W wyniku rozejmu, obie strony usadowiły się przy swoich granicach i obserwowały manewry kontrpartnerów. W polu widzenia południowych Koreańczyków znalazła się 30-metrowa topola, która wraz z upływem czasu coraz bardziej utrudniała podglądanie przeciwników. Trzy lata po porozumieniu w Korei Północnej podjęto decyzję o wycięciu drzewa.

Po wystosowaniu odpowiedniego pisma i otrzymaniu zgody, amerykańscy żołnierze przekroczyli granicę linii demarkacyjnej, kierując się ku tzw. Mostowi Bez Powrotu. Eskapada wywołała zdziwienie strażników z północy, którzy nie zostali poinformowani o zgodzie ich przełożonych. Postanowili zostać w swoich obozach i czekać na rozwój sytuacji.

Amerykanów było szesnastu – wyposażeni w siekiery, niektórzy także we własną broń podręczną. Gdy tylko rozpoczęli ścinanie drzewa, Koreańczycy z północy, dowodzeni przez porucznika Pak Chula, postanowili złożyć im „wizytę”. Zapytali się, dlaczego naruszają mir, a dowiadując się, że w kręgu zainteresowań pracujących jest topola, poinformowali, że „drzewo osobiście zasadził i podlewał Kim Ir-Sen, twórca Północnokoreańskiej Republiki Ludowej”. Ich vis-a-vis kontynuowali jednak swoją pracę. Miarka się przebrała.

Agresorzy rzucili się na przeciwników, wyrywając im siekiery i atakując porucznika Marka Barretta oraz kapitana Arthura Bonifasa. Pierwszy z nich salwował się ucieczką, drugiego pojmano na miejscu. Nazwa pobliskiego mostu faktycznie nie była fortunna, bo żaden z nich nigdy już nie wrócił do bazy.

A imię jego Paul Bunyan

Stany Zjednoczone były zszokowane całą sytuacją. Od czasu zawarcia pokoju, Koreańczycy z północy nie prowadzili żadnych działań militarnych – zdarzały się oczywiście akcje zaczepne, ale ich rangę umniejszano w celu przeciwdziałania eskalacji konfliktu. W całej operacji, która miała zakończyć się skróceniem jednego drzewa o pień, zginęło jednak dwóch obywateli, więc wojskowi nie mogli przejść obojętnie obok tego faktu.

21 sierpnia 1956 miało miejsce zdarzenie znane szerzej jako Operacja Paul Bunyan. Z samego rana do strefy zdemilitaryzowanej wkroczyło kilkudziesięciu Amerykanów, uzbrojonych już nie tylko w siekiery, ale także broń i ochranianych z zewnątrz. Wraz z nimi kolejna grupa, która w ramach zemsty zniszczyła dwa punkty obserwacyjne swoich wrogów. W całą akcję zaangażowano 12 000 żołnierzy, nad wody eksterytorialne wysłano także amerykański lotniskowiec. Akcja trwała niespełna godzinę, a po jej zakończeniu strony wróciły do swoich baz.

Świat biernie przyglądał się rozwojowi konfliktu. Dopiero przeprosiny rodzącego się północnokoreańskiego totalitaryzmu wpłynęły na jego uspokojenie. W wydanym oświadczeniu czołobitnie stwierdził, że ponosi odpowiedzialność za zabicie dwóch żołnierzy, a wobec ich własnych obywateli zaangażowanych w sprawę zostaną wyciągnięte konsekwencje.

Cały spór przeszedł do historii pod nazwą „incydentu z siekierą”. Nie pozostawia jednak wątpliwości fakt, że gdyby obie strony kontynuowały walkę o wpływy w regionie, mogłoby dojść do kolejnego dużego konfliktu na arenie międzynarodowej. Dwubiegunowość była wówczas tak duża, że kapitaliści i komuniści wyciągnęliby broń występując w imieniu swoich idei oraz wartości na całym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *