Zakotwiczeni w Polsce

Jakiś czas temu przeczytałem wywiad z niemieckim historykiem dotyczący tematu reparacji. Ja jednak nie o tym. Otóż historyk wspomniał przy okazji jakiejś odpowiedzi, że nie czuje się Niemcem, tylko kosmopolitą, a jeżeli już gdzieś zakotwiczonym, to w Europie. Nie powinienem więc chyba na początku określać go niemieckim, ale światowym historykiem.

Inna historia: Berlin. Na skwerze pomiędzy biurowcami zbiera się barwny tłum. Ludzie ze wszystkich stron świata, studenci uczestniczący w programie wymiany akademickiej Erasmus+. Przyjechali w ten weekend do stolicy Bundesrepubliki i szykują się do parady flag. Niemal każdy ma ze sobą symbole narodowe. Mogę policzyć wszystkie kraje Europy, ale jest też Iran, są Chiny. Podchodzi do mnie koleżanka i proponuje, że namaluje mi flagę niemiecką na policzku. Jasne, czemu nie. Na drugim zaraz pojawi się polska. Jeszcze do ręki wezmę unijną i tak udekorowany włączam się do pochodu.

Uczestniczyłem więc w listopadowym marszu. I choć nie był to Marsz Niepodległości, a organizatorzy może nawet nie wiedzieli, jaką rocznicę obchodzimy właśnie w Polsce, obudził on we mnie głębokie patriotyczne uczucia. Silniejsze nie tym, że podzielał je otaczający tłum, ale tym, że tłum ich nie podzielał, a one i tak tam były. Wyróżniały się w mozaice przywiązań do wielu różnych ojczyzn. Dodatkowo dla ludzi rozmiłowanych w historii musiało być coś wzruszającego w tym wydarzeniu. Oto w setną rocznicę zakończenia Wielkiej Wojny przez stolicę Niemiec maszerują swoiści reprezentanci świata, ożywiając nieco już zużyte hasła jedności i tolerancji. Oto w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości obok polskiej chętnie maluję niemiecką flagę.

Piszę o reprezentantach świata w kontrze do owego światowego historyka, którego wspomniałem na samym początku. Gdyby się bowiem zastanowić, cała ta historia z paradą flag nie pasuje do jego kosmopolitycznych idei, jakkolwiek nie widzieliby tego zagorzali przeciwnicy podobnych wydarzeń. Jestem zakotwiczony w Polsce, a tego zakotwiczenia nie zbywam się otoczony innymi, a tylko bardziej je odczuwam. Kosmopolityzm historyka zakłada, jak rozumiem, odwoływanie się w równym stopniu do każdej kultury, każdej historii, jaką kiedykolwiek widziała nasza planeta. Postawa niezwykle trudna, toteż od razu złagodzona wzmianką o zakotwiczeniu w Europie. Cóż oznacza jednak takie zakotwiczenie? Czy jest tym samym co moje zakotwiczenie w Polsce? Jeżeli nie, to doprawdy obracamy się w bardzo niebezpiecznej sferze mętnych odwołań. Jeżeli tak, to należałoby zastanowić się, czy jest to możliwe.

Co bardziej entuzjastycznych Europejczyków uspokoję – tak, jest to zapewne możliwe. Aby na poziomie Europy wytworzyć to samo zakotwiczenie, co na poziomie poszczególnych narodów, trzeba sięgnąć po te same narzędzia i reguły, które te narody stworzyły. I „stworzyły” to tutaj bardzo niefortunne słowo. Naród bowiem nie powstaje z niczego, powstaje z setek lat historii oraz właściwej tej historii interpretacji. Wyjątki od tej zasady mają swoje powody, nie przystające jednak wcale do europejskiego przypadku. Nie wdając się dalej w dywagacje dot. więzi narodowych, zadowolę się tym przykrótkim przedstawieniem mojego poglądu na te sprawy. Nawet jeżeli jesteśmy świadkami wytwarzania się europejskiej więzi narodowej, proces ten daleki jest od sukcesu, o czym świadczy chociażby już samo dziwne brzmienie tej frazy, gdy wypowiedzieć ją na głos.

Mimo to widnieje ta niemiecka flaga koło polskiej. Mimo to trzymam w ręku flagę unijną. Nie zgadzając się na kosmopolityzm, a nawet sceptycznie podchodząc do jego europejskiej złagodzonej wersji, pozostaję dla wielu wręcz ikoną podobnego myślenia. Ci, którzy nie zgodzili się na to, by na ich marszu pojawiały się wyłącznie polskie flagi, chcąc wznosić koło nich własne loga i hasła, pierwsi wyrwą się do krytyki. To dlatego, że nie rozumieją, jak europejskość może być głęboko powiązana z zakotwiczeniem w Polsce. Tak jak Polska zawsze była zakotwiczona w europejskiej kulturze. Owa europejskość nie konkuruje z narodowością, jest raczej jej konsekwencją. Kiedy ja patrzę na paradę taką jak w Berlinie, nie widzę chaotycznie nachodzących na siebie kolorów i zamazanego tłumu. Widzę każdą flagę z osobna oraz stojące za tą flagą zakotwiczenie. Jestem wręcz dumny, że mogę dołożyć do tego obrazu swoje własne.

Napisałem już co nieco o moim wyobrażeniu zakotwiczenia w Polsce. Czym różni się ono od nacjonalizmu widać, czym różni się od kosmopolityzmu starałem się wytłumaczyć. Nie zamierzałem podać uniwersalnej recepty na polskość. Głównie dlatego, że jest to dla mnie bardziej uczucie niż zestaw cech czy wartości. Nikt nikomu nie ma prawa odmówić szczerości w przeżywaniu swojej polskości, tak jak nie sposób obiektywnie orzec, kiedy zaczyna, a kiedy kończy się miłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *