Trans-Pekaes #3

Wiwaty, oklaski, szaleńcze okrzyki, konfetti, piniata i fajerwerki. Cała sala śpiewa z nami; podgolone wyrostki i krępi „uczeni w blogach” podnieśli zaciśnięte pięści w geście zwycięstwa, w geście (tfu, łacińskie słowo!) victorii!

Ja tymczasem opadłem z niedowierzania na krzesło. Przy akompaniamencie bojowego wycia, wpatrywałem się tępo w popodkreślane na czerwono wyrazy, próbując coś z tego zrozumieć. Powstanie? Jakie powstanie? Przeciwko komu? Całej Polsce? Jak? Zgromadzoną tu grupką nieuków? Ukradkiem zerknąłem pod stół, uprzednio wyjmując z kieszeni jeansów mały, oldschoolowy dyktafon, w poszukiwaniu czerwonej diodki. Jest. Mam materiał. Czyli to wszystko zostało nagrane, niebawem ten cały absurd może ujrzeć światło dzienne. Wystarczy, że stąd wyjdę i udam się na ten obleśny dworzec autobusowy. Potem złapię pierwszą lepszą podwózkę do Warszawy, by po maksymalnie dwugodzinnej podróży, wypełnionej telefonami do odpowiednich ludzi, spisać to wszystko i rano zanieść w odpowiednie miejsce. Tyle i aż tyle. No bo kto mi w to uwierzy? Sam bym sobie nie uwierzył. Nie mogę tego oczekiwać od z góry nastawionego sceptycznie czytelnika. Ludzie gotowi pomyśleć, że oto kolejna kaczka dziennikarska z „Warszawki”, ośmieszająca małomiasteczkowe, Bogu ducha winne społeczności. A to wszystko na żer stołecznych buców, siedzących w hipsterskich kawiarenkach i zaśmiewających się z zaściankowości miejscowości, z których co sobota pobierają zaplombowaną w szklanych pojemnikach żywność.

A może wystarczy nagranie? Zmontuje się ten cały bajzel w jakieś zgrabne słuchowisko, zorganizuje jakieś spotkanie, na którym każdy będzie mógł sobie tego posłuchać… A jeśli i tak ktoś pomyśli, że to fikcja, że zatrudniłem aktorów, bo chciałem sobie zażartować? Moja początkowa ekscytacja ustąpiła temu gorzkiemu, nie dającemu spokoju uczuciu. Towarzyszy ono zawsze momentowi, w którym orientujesz się, że rzecz wymagająca od ciebie poświęceń i ogromnych pokładów czasu, nawet jeśli zostanie zrobiona poprawnie, będzie daremnym trudem i nie przyniesie żadnych korzyści. Nawet satysfakcji. Z odrętwienia wyrwał mnie trzask spadającego na kamienne podłoże porcelanowego talerzyka.

– Na na na na na na na na, odzyskamy Lechię do rana… – w piwniczce trwała zabawa w najlepsze.

Nabrałem nagle złośliwej ochoty do zniszczenia im humoru. Obiektywnie rzecz biorąc, nie mieli do niego powodu. Jeden żałosny trolling uważają za sukces?

-Z czego tak się cieszycie? – starałem się mówić głośno, żeby wszyscy dobrze słyszeli. – Z debilnego postu, po którym nikt nie będzie miał cienia wątpliwości, że jesteście nie tylko skończonymi kretynami, ale też analfabetami? To jest powód do imprezowania? To ma być zalążek rebelii? Niby z jakiej racji?!

Nie osiągnąłem zamierzonego efektu. Przez chwilę parę par oczu, z ciekawością zaczęło mi się przypatrywać, ale już po chwili zostałem zupełnie zignorowany. Zabawa toczyła się dalej, a ja ciężko opadłem na ławę. Właśnie zaczynali tańczyć belgijkę. Po chwili doszedł do mnie odgłos skrzypiącego drewna – ktoś się przysiadł. Ktoś ciężki.

-Powiedz mi, synu – zaczął „Sex instruktor” – czemu udajesz, że nie znasz proroctw?
-Wypadły mi  głowy.
-Och, jak niefortunnie! Ojej! Pozwól, że ci przypomnę: pradawna wróżba mówi wyraźnie, że kto ustami wroga go obrazi, przebudzi moc szmacianych roślin i ludem wzburzonym obali porządek świata.
-I to jest to proroctwo? Enigmatyczne – niebezpieczny ruch: oto ponownie wyszedłem z roli.
-No tak, nie wiadomo dokładnie o co chodzi. Nie czytałeś go wcześniej?
-Czytałem! Czytałem je tak dawno, że już zapomniałem… – wybąkałem z siebie to nieprzekonujące zdanie i  poczułem się jakbym dalej był w liceum.
-Na pewno do tego wrócimy, do tych „szmacianych roślin”, będziemy o tym dzisiaj debatować. A właśnie! Byłbym zapomniał! Twoje wyniki! – grubas sięgnął po komputer, który jakimś cudem został nienaruszony podczas tego całego chaosu – NIEBYWAŁE! CHODŹCIE WSZYSCY, BO NIE WIERZĘ!

Zabawa była już w zbyt zaawansowanym stadium. Skoro moje odszczepieńcze bluźnierstwa nie zrobiły na nikim wrażenia, to jakie wrażenie miał zrobić kolejny okrzyk spośród wielu? Do  tego śmiesznego facecika podeszły z początku tylko dwie osoby, podśpiewując pod nosem i popijając wódkę. Na widok nieznanych mi jeszcze wyników wybałuszyli oczy i momentalnie wytrzeźwieli. Ruszyli w tłum, nawołując swoich kompanów. Ja tymczasem usilnie chciałem dowiedzieć się, co takiego ekscytującego może być w wynikach głupiego testu na Buzzfeedzie. Nie mogłem dostać się jednak do laptopa, bo nieprzerwanie przeskakiwał z rąk do rąk, by w końcu dać się porwać przez ponure wnętrze sali. Nagle słowiańskie śpiewy ucichły. Gdzieniegdzie, w ściśle zwartej masie tłumu, dało się dostrzec nad wyraz znaczące różnice wysokości pomiędzy poszczególnymi zebranymi. W miarę upływu czasu, to zjawisko zdawało się nasilać; średnia poziomu wysokości głów stopniowo malała, ludzie zdawali się jakby mniejsi, ale dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, co się tak naprawdę dzieje. Oni klękają. Przede mną. Wkrótce cała sala zapełniła się oddającą mi hołd masą, a ja poczułem się prawie tak skrępowany, jak podczas śpiewania „sto lat” na imprezie urodzinowej.

-Panie! Panie! Nasze badania nie pozostawiają cienia wątpliwości! Z całą pewnością jesteś potomkiem króla Lecha II Chytrego, który pokonał Aleksandra Macedońskiego! – oznajmił nieznany mi do tej pory Lechita, nieśmiało występując przed szereg.

Chciałem wyrazić swoje powątpiewanie co do wiarygodności quizów na Buzzfeed.com w ustalaniu pochodzenia od starożytnych ludów. Powstrzymały mnie od tego dwie rzeczy. Po pierwsze: pewna książka Bieszka, będąca dla zgromadzonych tutaj swoistą biblią współczesnej historiografii, gdzie znakomita większość źródeł to  Youtube lub po prostu Internet. Nie ma co walczyć z wiatrakami.  Po drugie: ogrom możliwości. Skoro już zostałem przywódcą tych fanatycznych oszołomów, to mój reportaż napisze się sam; lepszego dostępu do struktur, motywacji poszczególnych jednostek, historii i wydarzeń związanych z tym ruchem, nie dało się wymarzyć. Czy kiedykolwiek wydało mi się możliwe otrzymanie autoryzacji wypowiedzi od kogoś takiego? Nigdy w życiu! Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Będzie prosto, przyjemnie, legalnie i zapowiada się, że całkiem zabawnie. Okej, muszę coś powiedzieć. Oni czekają na przemówienie. Każda przedłużająca się chwila działa na moją niekorzyść.

-CHAŁWA!!! O Jezu, przepraszam: CHWAŁA WIELKIEJ LECHII! – ryknąłem w kierunku tłumu.
-CHWAŁAAAAAA! – zagrzmiała piwniczka, zapewne usłyszał nas każdy mieszkaniec Tomaszowa Mazowieckiego.
-O TO STOJĘ PRZED WAMI JA, POTOMEK LECHA II CHYTREGO LISA.
-CHWAŁAAAAAA!
-PRZEPOWIEDNIA SIĘ SPEŁNIA! – zacząłem czuć się jak ksiądz na ambonie.
-CHWAŁAAAAAA!
-POWSTAJEMY Z KOLAN! – albo jak prezenter z TVP Info.
-CHWAŁAAAAAA!
-ŚREDNIA HAWAJSKA DLA KAŻDEGO!
-CHWAŁAAAAAA!

Postanowiłem, żeby chociaż na początku nie wypaść z roli,  zająć się tą tajemniczą przepowiednią o „szmacianych roślinach”. Zaważyła też na tym ciekawość. No bo o co może chodzić?

-Powstańcie z kolan, lechicka braci! Nie wolno nam zatrzymać się w naszym dążeniu do prawdy. Zlecam wam pierwsze zadanie; ustalenie interpretacji proroctwa!
-O chytry panie! – odezwał się Mszczuj – Może mędrcy spod dworca?
-Albo jakieś źródło z zewnątrz? O tej porze w telewizji powinien być jakiś wróżbita – zaproponował inny osiłek.
-Internet! Youtube! – krzyknął krępy jegomość w tweedowej marynarce, flanelowej koszuli i żółtym krawacie w kaczki.
-A tajne archiwa watykańskie? W końcu są dostępne na WordPressie – z sali padła kolejna propozycja.

Dotychczasowy przewodniczący zgromadzenia, od którego emanowała pewna niechęć względem mojej osoby, zbliżył się do mnie i powiedział:

-Myślę, że rozwiązanie tej zagadki jest na wyciągnięcie ręki. Mam pewne podejrzenia, ale nie chcę narazić się na śmieszność, dlatego zalecam sprowadzenie wróżbity. Potem podzielę się resztą moich spostrzeżeń, ale nie ma wątpliwości, że te „szmaciane rośliny”, czymkolwiek są, będą kluczem do sterowania pospólstwem.

-Znakomicie. Chodźmy po wieszcza – mówiąc to, ruszyłem w stronę schodów.

Wylaliśmy się tłumnie z ratuszu i ruszyliśmy w kierunku dworca, zahaczając przedtem o Biedronkę, spodziewając się, że po drodze możemy spotkać jednego z kloszardów. Maszerowaliśmy w ciszy; ci ludzie naprawdę zdawali się kierować jakąś misją, wyższą wartością, dla mnie zupełnie niepojętą. Idąc na czele tych zdeterminowanych Turbosłowian, zaczęła udzielać mi się zbiorowa ekscytacja, którą członkowie pochodu wręcz emitowali. Jasne, to bzdury nad bzdurami, ale ta zagadka musi mieć jakieś rozwiązanie. Przecież niemożliwe, żeby wszystko wyssali z palca. Kroczyliśmy po nierównym chodniku, wśród leniwie odbijających się od asfaltu strug deszczu, ujadających psów i bębniących w chlupie, prowizorycznych miejskich szałasów z blachy falistej. Poruszaliśmy się w dół miasta, w kierunku jego suburbium. Zabudowa stawała się więc, jak w każdym mieście Polski, coraz bardziej rozlazła, nieskładna i luźna. Gdzieniegdzie, niczym samotne drzewa, wyrastały tabloidalne banery i tabliczki reklamowe, przykuwając oko, obiecując lepsze życie w cenie nowej wkrętarko-wiertarki albo tańszej czekolady marki Lidl. Szarówka i mżawka stawiały kolejne cegły w budowaniu depresyjnej atmosfery w tym skrajnie nieestetycznym miejscu, w królestwie bylejakości. W końcu usłyszeliśmy Biedronkę:

-DEJ! Moja córka, mnie się należy ten Świeżak!
-Gdzie pani się należy? Mnie się należy!
-Oddawajże Borówkę Basię!

I zagadka tajemniczego proroctwa rozwiązała się sama.

CDN

PS: Wszystkich, którzy nie wiedzą o co chodzi z Wielką Lechią i mają mocne nerwy, odsyłamy do źródeł inspiracji autora:
https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/
https://www.youtube.com/channel/UCUwclYRaw5ASTjGp7BNfuRQ

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *