O strajku nauczycieli

Wszyscy się zgadzają, że nauczyciele powinni więcej zarabiać. Niemal każdy wpis krytyczny pod adresem strajkujących nauczycieli zaczyna się od mniejszego lub większego poparcia ich postulatów. I fajnie. Problem w tym, że zaraz potem pojawia się “ale”. A jak mawiał Ned Stark (#pamiętamy); to co przed “ale” nie ma znaczenia.

Pomijam tu wpisy prowokatorskie lub po prostu głupie w rodzaju tych, że nauczyciele a) mają dużo wolnego, bo uczniowie mają dużo wolnego, b) są nierobami, bo przecież tylu ludzi ciężko pracuje, mało zarabia i nie narzeka, c) dostają tyle, ile im się należy, bo poziom edukacji w naszym kraju jest słaby i to ich wina. Podane pseudoargumenty nie wytrzymują konfrontacji z faktami.

  1. Praca, której nie widać, to wciąż praca.
  2. Lepiej kiedy wszyscy mają przysłowiowe równo i g***o?
  3. Poziom edukacji w polskich szkołach nie jest wcale taki zły, jak go malują. Ale przyjmując, że jest, to chyba warto zmieniać ten stan rzeczy, a nie go konserwować.

Pseudoargumenty te przemawiają wyłącznie do emocji i jako takie nie zasługują na głębsze omówienie. Przejdźmy zatem do tych argumentów, które pojawiają się po wspomnianym “ale”, a które muszą być wzięte pod uwagę w dyskusji o strajku nauczycieli. Zgadzam się, że nauczyciele powinni zarabiać więcej…

…ale w budżecie nie ma na to pieniędzy

Bardzo się cieszę, że ten argument się pojawia. Rząd, jakikolwiek by nie był – prawicowy czy lewicowy, jest przede wszystkim gospodarzem pieniędzy podatników. I jako dobry gospodarz przed każdą, najmniejszą nawet inwestycją musi zastanowić się, czy oraz skąd znajdzie na nią pieniądze. Odpowiedzialny rząd potrafi przeciwstawić się “woli ludu”, jeśli uważa, że stabilność państwowych finansów tego wymaga. Taki właśnie sprzeciw często odróżnia mężów stanu od populistów. Obecność argumentu, nazwijmy go, budżetowego w debacie publicznej na temat strajku nauczycieli daje nadzieję, że polskie społeczeństwo jest całej tej teorii odpowiedzialnego gospodarza świadome.

A jednak obecny rząd Zjednoczonej Prawicy w moim głębokim przekonaniu jest całkowicie niewiarygodny używając argumentu budżetowego w konfrontacji z nauczycielami. Nie jest to bowiem rząd liberalny gospodarczo, który zasadniczo każdy większy transfer publicznych pieniędzy powinien traktować sceptycznie. Jest to rząd, który otwarcie głosi zalety wydatkowania publicznych pieniędzy na szeroką skalę. Rząd, który całkiem niedawno przedstawił kolejny socjalny program bijący rekordy w historii III RP nazywany “piątką Kaczyńskiego”. Abstrahując od tego, czy program ten jest słuszny czy nie, wyraźnie widać, że Zjednoczona Prawica potrafi znaleźć miliardy złotych, gdy tylko ma na to ochotę.

Argumentem budżetowym politycy PiS posługują się tylko wtedy, gdy trzeba odeprzeć żądania pominiętej w rządowych planach grupy społecznej. Takie żądania, które nie wiążą się ze wzrostem poparcia. Przyjmijmy jednak, że “piątka Kaczyńskiego” nie ma nic wspólnego ze zbliżającym się maratonem wyborczym, a rządzący mają po prostu swoje priorytety. Należy wtedy bezlitośnie skrytykować owe priorytety. Nie wyobrażam sobie bowiem bardziej istotnej inwestycji niż inwestycja w edukację, a taką jest właśnie inwestycja w nauczycieli.

Nie miejmy złudzeń, opozycja również nie jest wiarygodna, gdy mowa o budżecie. Grzegorz Schetyna obiecał nauczycielom podwyżki, a przy okazji zarzekał się, że utrzyma wszystkie programy socjalne rządu, a nawet je rozszerzy (500+ na każde dziecko, stała 13. emerytura). Rzecz doprawdy niewiarygodna. Widać takie zasady kampanii wyborczej, że patrzy się wyłącznie na cel, a nie na środki. Niemniej zrozumiałe jest, że to rządowi przyglądamy się z większą uwagą i to priorytety rządu krytykujemy – on bowiem rozdaje karty w tej grze, a nie opozycja.

…ale pan Broniarz. …ale strajk jest polityczny

Chociaż czy na pewno to rząd rozdaje karty? A może rząd ze wszystkich sił stara się doprowadzić do “dobrego porozumienia”, jak zapewnia premier Szydło, tylko to całe ZNP (oraz FZZ) jest uparte i chce doprowadzić do chaosu, który obali władzę Zjednoczonej Prawicy? Przyzwyczailiśmy się już, że każdy protest skierowany przeciw polityce rządu ściąga na siebie podobne zarzuty. Spiski, ukryte opcje, interesy elit, a nade wszystko śledzenie komunistycznych korzeni protestujących. Zabieg to znany jak świat. Podkopać pozycję przeciwnika, zasiać wątpliwości. Obecny rząd nie jest pierwszym, który go stosuje. Za to po raz pierwszy stosuje się go tak często, tak nachalnie i tak absurdalnie.

Można bowiem wyobrażać sobie scenę, jak to przy stoliku w restauracji, dajmy na to, “Sowa i przyjaciele” Sławomir Broniarz dobija targu z Grzegorzem Schetyną. Tylko nawet jeśli owe spekulacje na temat politycznych inspiracji strajku byłyby prawdziwe, to wcale nie odbiera to strajkowi wiarygodności. Referenda się odbyły, w szkołach nie ma funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej, którzy pilnowaliby słusznych wyników głosowań. Co z tego jeżeli nawet opozycja inspirowała strajk, skoro nie zmienia to faktu, że w Polsce są tysiące nauczycieli chcących strajkować. Nie świadczy to dobrze o sytuacji w oświacie. Kiedy natomiast nauczyciele mają strajkować jak nie teraz, jak nie w roku wyborczym, w którym to politycy szczególnie wrażliwi są na wszelkie postulaty.

Przy całej tej narracji o politycznym strajku komentatorzy zdają się zresztą zapominać, że PiS ma bogate tradycje współpracy ze związkami. Nie od dziś wiadomo, że Solidarność murem stoi za Zjednoczoną Prawicą. Jeżeli nawet ktoś nie akceptuje więc sytuacji, w której związki wykorzystują polityczną układankę do swoich celów i wzajemnie, to jego krytyka powinna rozkładać się po równo.

…ale nie można prowadzić strajku kosztem dzieci

Dochodzimy do najpoważniejszego argumentu w krytyce nauczycieli, a mianowicie, że cały ten strajk odbywa się kosztem uczniów przystępujących do egzaminów. Niektórzy idą nawet dalej twierdząc, że strajk odbywa się kosztem wszystkich uczniów, bo ci nie chodzą w tym czasie do szkoły. Takie są już jednak realia strajku, że zawsze jest on niewygodny, a ktoś na nim traci. Wyobraźmy sobie bowiem strajk, który nie wadziłby nikomu; czy ktokolwiek zwróciłby wtedy uwagę na postulaty strajkujących? Specyfika zawodu nauczyciela sprawia, że strajk tej grupy zawodowej pośrednio uderza w dzieci. Budzi to oczywisty sprzeciw, który jednak szybko znika, gdy uświadomimy sobie, że lepsze warunki pracy nauczycieli to w dłuższej perspektywie korzyść dla dzieci i całego społeczeństwa.

Ograniczmy więc argument o strajku kosztem dzieci do uczniów przystępujących do egzaminów. Jest to rzeczywiście sytuacja kryzysowa i zgadzam się z niektórymi komentatorami (choćby Paweł Kukiz), że nauczyciele lepiej by zrobili, gdyby zawiesili swój strajk na czas egzaminów. Czy zaszkodziłoby to ich sprawie, którą gorąco popieram? Nie sądzę. Oczywiście byłaby to ogromna ulga dla PiS, a zarazem utrata jakiejś części siły negocjacyjnej ze strony ZNP i FZZ. W dłuższej perspektywie jednak brak zajęć szkolnych jest ciągle bardzo uciążliwy dla rządzących, a gestem tym nauczyciele zjednaliby sobie wahających się w poparciu obywateli. Decyzja zapadła jednak taka, jaka zapadła. Pozostaje mi zwrócić uwagę na inicjatywę Rzecznika Praw Dziecka, który chce przesunięcia daty składania dokumentów do szkół średnich, aby zrównać szanse wszystkich uczniów. Jest to słuszna propozycja. Dużo lepsza niż mające miejsce przeprowadzenie egzaminów “na siłę”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *