O bańce mydlącej

…oczy. Albo o niebezpieczeństwach korzystania z wydań internetowych.

Problem

Cóż to jest prawda?, pytał Piłat Jezusa. Pytał, a nie uzyskawszy odpowiedzi, ba, nawet na nią nie zaczekawszy, wyszedł do Żydów, by powiedzieć im, że nie znajduje w tym człowieku winy. I że może chcą go uwolnić.

Cóż, przeliczył się. Nie chcieli uwolnić tego człowieka, a ukrzyżować go. Piłat umył więc ręce, żeby nie było, że chciał go skazać, tak na wszelki wypadek, przezorny zawsze ubezpieczony. Sprawa jest w gruncie rzeczy polityczna, a jak się coś Cezarowi nie spodoba, mogą być problemy.

Abstrahując od uznawanej przez niektórych boskości Jezusa, warto przyjrzeć się tej sytuacji: oto do przedstawiciela władzy rzymskiej – Piłata – starszyzna żydowska przyprowadza jakiegoś człowieka z prośbą, aby go ukrzyżować. Dosłownie!

(Dialog idzie mniej więcej tak:

– Pocoście go przyprowadzili?

– Gdyby nie był winny, nie przyprowadzilibyśmy go.

– Weźcie go i osądźcie według własnego prawa.

– Ale my nie możemy go ukrzyżować!)

Skonfundowany Piłat zasięgnął języka i podczas przesłuchiwania Jezusa już wie o co pytać: Czy jest królem żydowskim, czy to prawda, że chciał zburzyć świątynię – takie plotki na mieście chodzą, tak ludzie gadają. Przecież sam nie jest Żydem, żeby wiedzieć takie rzeczy!

Kiedy Jezus w końcu odpowiedział, że owszem, jest królem, ale jego królestwo nie jest z tego świata, Piłat nie rozumiał. Westchnął A cóż to jest prawda? i poszedł pytać Żydów, kim do jasnej jest ten człowiek.

Wątpliwość

Poncjusz Piłat zawodowo zajmował się decydowaniem o życiu ludzi. Ale że był porządnym człowiekiem i obywatelem, nie skazywał na śmierć zbyt pochopnie. Najpierw badał sprawę i na podstawie dowodów, zeznań oskarżycieli, oskarżanych i świadków wydawał wyrok. W wypadku Jezusa – skazujący.

Pozostało jednak w Piłacie przeświadczenie, że Jezus był niewinny. Że powinien zostać uwolniony, że nie zrobił nic złego, i że być może w tej historii jest coś więcej niż zwykła złość miejskich kapłanów na wędrownego kaznodzieję, który jest bardziej popularny niż oni i do tego nie mówi o nich zbyt przychylnie. Ale ja nie o tym.

Teza

Cóż to jest prawda? możemy pytać i my dzisiaj. W różnych kontekstach: co zrobiła Gronkiewicz-Waltz, o co chodzi rezydentom, czym tak naprawdę była/jest akcja #metoo, skąd się bierze, dlaczego w Syrii jest wojna, za co Bruksela nienawidzi Polski, kim są ci cali uchodźcy, jak wygląda sytuacja w Kurdystanie, jak się studiuje na Ukrainie.

Żyjemy w gąszczu informacyjnym. To fakt. Dociera do nas bardzo dużo informacji, z radia, telewizji, przede wszystkim – z Internetu. Sytuacja jest cokolwiek ciekawa.

Kojarzycie taką zasadę, że jak się kupuje namiot przez Internet, to potem przez miesiąc jest się zasypywanym reklamami namiotów tudzież sprzętu biwakowego? To pliki cookies i im podobne mechanizmy, które służą temu, by „spersonalizować” Internet. Są całkiem niezłe, gdy ktoś poluje na tanie bilety lotnicze albo promocje książek, nie przeszkadzają przy kupowaniu ubrań, wkurzają, gdy nachalnie powodują wyświetlanie jednej i tej samej reklamy na każdej stronie internetowej, bawią, gdy po dwóch latach od wizyty w szwedzkim muzeum pewna polska strona nadal wyświetla reklamy po szwedzku.

I tworzą piękną, okazałą, niezauważalną bańkę informacyjną. „Dla komfortu” użytkownika serwuje mu się tylko to, co mu się spodoba. Na takim na przykład facebooku częściej i „wyżej” wyświetlają się informacje o postach ze stron, które użytkownik odwiedza częściej. Łatwo to sprawdzić: wystarczy ze trzy razy wejść w link z jakiejś strony, najlepiej publikującej często – dajmy na to: portalu gazety X, którą się rzadziej odwiedza. Wręcz natychmiast poczuje się zalew informacji z tejże gazety. Na podstawie tego, na co użytkownik zwraca uwagę, skomplikowane algorytmy obliczają, co jeszcze mogłoby go zainteresować. Tylko się cieszyć, nieprawdaż?

Be&w

Niby tak – ale nie do końca. Bo z jednej strony, docierają do mnie informacje o sprawach, które mnie obchodzą. Zero wezwań do sądu w Rybniku, zero przepisów na nóżki w galarecie, zero ogłoszeń o festiwalu muzycznym w Krakowie (na który na pewno nie pojadę, bo mieszkam w Warszawie). To trochę tak, jakby ktoś za mnie przejrzał gazetę i przed przekazaniem mi jej wybrał z niej tylko te materiały, które są dla mnie atrakcyjne.

Z drugiej strony, taka selekcja informacji sprawia, że czuję się wyśmienicie poinformowana, jednocześnie nie wiedząc zbyt dużo. A raczej wiedząc tylko to, co chcę wiedzieć. Żadnych stresów, nie za dużo polityki, a jeśli już – to tylko te komentarze, które zgadzają się z moim światopoglądem. Recenzje filmów, ale tylko tych, na które być może się wybiorę – nikt nawet nie podsunie mi recenzji czegoś zupełnie innego, nowego. (A może ja bym właśnie chciała poszerzyć sobie horyzonty?)

Rozwiązanie

Wróćmy do Piłata. Wydał wyrok skazujący, bo o winę Jezusa pytał ludzi, którzy chcieli go zabić, w związku z czym dowiedział się, że powinien go skazać na ukrzyżowanie. Gdyby był popytał apostołów, dowiedziałby się czegoś zupełnie innego: że to ci, którzy Jezusa oskarżają są podłymi manipulantami. Jakże wiele zależy od źródła informacji!

Dlaczego więc Piłat nie pytał uczniów Jezusa o zdanie? Ano dlatego, że nie chciało mu się szukać świadków innych niż ci, którzy stali przed jego pałacem albo w jego przedsionkach. Nikt – może z wyjątkiem samego skazanego, który plótł jakieś dyrdymały – nie przedstawił Piłatowi innego punktu widzenia. Nikt nie sugerował, że Jezus został niesłusznie postawiony pod sąd. W ten sposób jego domniemana niewinność poszła się bujać wobec zarzutów tak marnych i niekonkretnych jak „jest winny” oraz „bo on powiedział że jest Synem Bożym”. Z braku innych informacji, wydał wyrok na podstawie dostępnych.

Wniosek

Śmiem twierdzić, że my dziś robimy podobnie: wydajemy wyrok na podstawie tych informacji, które same nam się podsuną. Tych, które są najwyżej w wyszukiwarce Google albo tych, na które wpadniemy najpierw przeglądając Facebooka. (Jak często patrzymy na źródło? A nawet jeśli, na ile dobre mamy rozeznanie w źródłach?) Wszystko w poczuciu, że „przecież mam szerokie spojrzenie na sprawę, bo zajrzałam do kilku źródeł.” Co z tego, jeśli te źródła mają jeden i ten sam światopogląd?

Całkiem często ludzie mówią „przecież wszyscy tak myślą”. Weźmy choćby sprawę WOŚPu – „przecież wszyscy go popierają”. W pewnych kręgach, między innymi w tych, w których obracam się na co dzień – owszem. Wielu moich znajomych było wolontariuszami, jeszcze więcej coś do puszek wrzuciło. Ale znam też ludzi, którzy są przekonani, że WOŚP jest zbyt bardzo uwikłany politycznie i światopoglądowo, by robić coś dobrego, że może jakiś sprzęt kupuje, ale większość pieniędzy defrauduje. I nie przekonasz, że jest inaczej. (Jestem święcie przekonana, że WOŚP robi dużo dobrego.)

Zgubne jest wrażenie, że dzięki dostępowi do Internetu można wiedzieć wszystko, można poznać prawdę. Trzeba wiedzieć gdzie i kogo pytać. I pamiętać, że bańka informacyjna, mydląca oczy, cały czas jest. Internet czuwa, byś nie doznał szoku poznawczego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *