Krótka refleksja o pokoleniu w Dzień Kobiet

Wieczór. Dzień Kobiet. Życzyłeś już wszystkiego najlepszego mamie, siostrze, czas się trochę rozerwać. Na szczęście znajomi wyciągają cię na imprezę. Z okazji 8 marca kobiety nie płacą za wejście. Ty musisz niestety szybko skombinować dyszkę… Jawny faszyzm.

Jesteśmy śmiesznym pokoleniem. Gdy chcemy coś wyrazić, od razu szukamy w pamięci najbardziej adekwatnego mema. Nie rządzą nami problemy poprzednich generacji. Czy wierzący, czy niewierzący, czy Polak, czy kosmopolita – każdy marnuje sporo czasu siedząc w internecie, odświeżając powiadomienia z coraz większej ilości aplikacji. Z dystansem podchodzimy do spraw tradycyjnie poważnych. Jak wujkowie mogą tak kłócić się o politykę przy rodzinnym stole? Przecież to wszystko jeden wielki żart, który… o, chyba miałem na to dobrego mema:

Długo wpajano nam taki właśnie obraz nas samych. Pokolenie Y, Z, millenialsi – to nie jedyne pojęcia jakimi nas określano. Nie będę się tu rozwodził nad powodami ich wprowadzenia. Z pewnością były ucieczką do przodu, próbą wytłumaczenia sobie zmian zaszłych w świecie bez potrzeby wnikania w ich istotę; ot, każde pokolenie ma własny czas, a nasz czas to czas pokolenia Y/Z i tyle. To, na co przede wszystkim chcę zwrócić uwagę, to że w tę bajkę na temat nas samych uwierzyliśmy. Z opłakanymi tej wiary skutkami.

Apolitycznie polityczni

Naszemu pokoleniu często zarzuca się, że nie przejmuje się historią. Jesteśmy ponoć wyjątkowo nieczuli na losy przodków, bo wychowani w erze komputerów patrzymy jedynie w przyszłość. Tymczasem historia wyjątkowo nas rozpala i jest to naprawdę dziwny płomień. Nie płomień wiedzy, a płomień dyskusji. Historia długi czas zastępowała nam politykę, do której wciąż podchodziliśmy z nieufnością, jako do zabawki, którą bawić się jest już wstyd. Nie szukaliśmy więc w historii informacji, nie szukaliśmy w niej inspiracji. Szukaliśmy w niej powodów do dyskusji. A tych, doprawdy, w historii Polski jest całe mnóstwo.

W naszym pokoleniu odżyły stare problemy. Byliśmy ponad współczesne kwestie, ponad konflikt, który ogarniał rozpadające się wielkie formacje postsolidarnościowe, ponad PiS, ponad PO, ale nie byliśmy ponad Piłsudskiego i Dmowskiego. Staliśmy się dziwnym odbiciem pokolenia II RP. Wszystko się zgadzało. Poza jednym – podczas gdy tamto pokolenie było wybitnie polityczne, my przed polityką broniliśmy się wszelkimi sposobami. A to przez mit, który nieświadomie przyjęliśmy. Mit końca polityki, mit uznawania jej za śmieszną zabawkę starych pokoleń. I niestety właśnie przez to staliśmy się z czasem jednym z najbardziej rozdartych polityką pokoleń wszystkich RP. Długo wślizgiwała się ona w różne dziedziny naszego życia niepostrzeżenie, przyjmowała nieswoje pojęcia, kryła się, a my, przekonani o swojej na nią nieczułości, pozwoliliśmy jej nas zniewolić.

Kto jak nie my jest pokoleniem odrodzonych ruchów skrajnie nacjonalistycznych? Kto jak nie my jest celem ruchów skrajnie antynaukowych, strojących się w piórka religijnej ortodoksji? Kto jak nie my z pasją organizuje manifestacje i kontrmanifestacje, czekając tylko aż policja da sobie spokój i będzie można rzucić się sobie do gardeł? Nie zwalajmy wszystkiego na starych. To nie nasi dziadkowie palą tęcze, to nie nasi dziadkowie blokują debaty uniwersyteckie. Uwierzyliśmy, że śmieszkowanie zastąpi nam politykę. W rzeczywistości otworzyło jej drzwi na oścież.

Wybitnym przykładem zwycięskiego ataku polityki na nasze pokolenie jest kariera pojęcia „faszyzm”. Pogardzaliśmy nim jako reliktem dziejów, następnie zaczęliśmy bezrefleksyjnie posługiwać się nim aż nazbyt często (cóż bowiem prostszego dla podkreślenia apolityczności własnego pokolenia, jak wyśmiać polityczność poprzednich i wszelkie zło wyjaśniać jej kategoriami?). W końcu gdy przyszła potrzeba nazwać rzeczywiste objawy faszyzmu… okazało się, że brakuje nam słów. Pojęcie utraciło swoje znaczenie, jakąkolwiek siłę odstraszającą. Ten, którego imienia nie wolno wymawiać zatriumfował, bo imię jego stało się synonimem tak dużej liczby zjawisk, że przestało budzić strach.

Równość! Wolność! Totalnie.

Z żalem trzeba przyznać, że winę ponoszą tu może przede wszystkim ci, którzy winni stać na straży społeczeństwa – intelektualiści. To oni szybko zorientowali się, jak przystosować politykę do zmienionego świata, by odniosła tym większe sukcesy w przenikaniu życia całego pokolenia. Wynaleziono klucz: mieszanie pojęć. Mieszanie pojęć naukowych z politycznymi, opisowych z normatywnymi, bez wyjątku zaprzeczając używania tych drugich. Najpierw neoliberałowie „dowiedli” w swym mniemaniu, że dążenie do maksymalizacji zysku jest naturalną potrzebą człowieka, a dopiero później zaczęli postulować ułożenie całego świata pod tę potrzebę. Najpierw postmarksiści „dowiedli” w swym mniemaniu, że nierówności między płciami są tak samo szkodliwe jak te między klasami, a dopiero później postulowali organizowanie polityki wokół tej idei.

Przykładem niech będzie tu gender. Kiedyś? Naukowe pojęcie określające tradycyjne cechy męskie i żeńskie w danej kulturze. Obecnie? Nie ograniczono się jedynie do opisu jak jest, ale wprowadzono opis jak powinno być. I tak używa się pojęcia gender, aby nie tylko wskazać różnice kulturowe między płciami, ale by skrytykować te różnice. Lewica osiągnęła swój cel, pomieszała pojęcia. A różnej maści konserwatystom jest to na rękę. Mogą wszak teraz wykorzystywać dawniejsze określenie naukowe do rozgrywek politycznych. I tak lewica z prawicą, we wspólnym interesie upolitycznienia apolitycznego pokolenia, tańczą na grobie rozsądku.

Było kwestią czasu, aż wynaleziony przez elity klucz przeniknie do masy społeczeństwa. I manipulowani zechcą manipulować. Obecnie pojęć nie mieszają już intelektualiści, miesza je każdy charyzmatyczny lider. Miesza je Marian Kowalski, kiedy głosi, że ewolucja to tylko teoria. Mieszają je antyfaszyści, którzy w imię walki z faszyzmem zdolni są blokować wolność wypowiedzi na uniwersytetach. A intelektualiści patrzą i nie wierzą. Próbują jeszcze ratować co się da, ale mleko się rozlało.

Nasze pokolenie, wyrosłe w kulturze pomieszanych pojęć, nie widzi już żadnego wyjścia z chaosu poza totalnym. Coraz częściej zamiast zdrowego rozsądku, który w takim świecie na nic się zda, wybiera jedno pojęcie, czyni je nadrzędnym i wszystkie sfery życia podporządkowuje jego prymatowi. Równość? Nie, nie może być częściowa. Jak już, to totalna. Wolność? Nie, nie może być ograniczona. Jak już, to totalna. Dlatego monteskiuszowskie rozumienie wolności jako ograniczonej prawami wydaje się nam tak niedorzeczne. Dlatego idąc do klubu w Dzień Kobiet i płacąc za wejście, choć jest ono darmowe dla kobiet, feminista może być odrzucony przez własne środowisko jako zdrajca idei równości. Świecie niedorzeczności, oto my – pokolenie totalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *