Kiedyś to było!

Mówi się, że trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma. Z całą pewnością to samo powiedzenie można zastosować nie tylko do przestrzeni, ale także do czasu. Czy można nas zmanipulować za pomocą nostalgii? Doskonale ilustruje to dwudziesty sezon South Parku, który  oglądaliśmy w zeszłym roku.

Amerykański błazen
South Park jest jedną z najpopularniejszych amerykańskich kreskówek przeznaczonych dla osób pełnoletnich. Zwykle kojarzone z Simpsonami lub z Family Guyem, które również operując abstrakcyjnym humorem wydają ponury osąd o społeczeństwie, dzieło Treya Parkera i Matta Stone`a budzi najwięcej kontrowersji. Powodów jest kilka:  wyjątkowo wulgarny język, obsceniczne sceny, czarny, a momentami niepokojąco mroczny humor i bezprecedensowe rozprawianie się z nawet najbardziej niewygodnymi tematami. Twórcy serialu zwykli powtarzać, że żadna kwestia ani grupa społeczna nie stanowi wyjątku i nie ucieknie od szyderstwa. Nie ważne, czy jesteś konserwatystą czy liberałem – South Park obrazi także Ciebie. To stało się swoistym credo serii, która zaczynając od operowania wyłącznie szokiem i slapstickowym humorem, stopniowo zaczęła przybierać inną postać błazenady – bezprecedensową i całkiem zgrabną (pomimo swojej programowej niesmaczności) satyrę.

Swoistą osią wydarzeń zdaje się przede wszystkim szkoła. South Park to świat widziany w krzywym zwierciadle oczami dzieci, które okazują się głosem rozsądku wobec nieracjonalności swoich rodziców i opiekunów. Głównymi bohaterami sitcomu jest czwórka przyjaciół z małego górskiego miasteczka w stanie Kolorado. W ciągu 21 sezonów chłopcy postarzali się tylko o rok. Obecnie są uczniami czwartej klasy. Są to kolejno: Stan Marsh –  niczym nie wyróżniający się everydayman, którego ojciec geolog (Randy Marsh) przez swoje szalone pomysły nie raz sprowadził na miasto katastrofę. Następna ważna postać to najlepszy przyjaciel Stana, czyli Kyle Broflovsky – przedstawiciel jedynej żydowskiej rodziny w South Parku, jego moralizujące monologi bywały  bodaj jedynymi momentami w całym show, w których nie dominowało syntetyczne szyderstwo. Towarzyszy im Kenny McKernick – chłopiec mieszkający w slumsach, który co kilka odcinków… umiera, żeby potem powrócić w niewyjaśnionych okolicznościach, nie wzbudzając tym u nikogo nawet cienia konsternacji. W jednym z odcinków serialu okazuje się, że ciąży na nim klątwa nieśmiertelności.

Ostatnim członkiem grupy jest chłopiec, który jest chodzącą, ekstremalnie hiperbolizowaną metaforą wszystkiego co złe w przypadkach skrajnie złego amerykańskiego wychowania. Ma na koncie kilka zabójstw, zrobił chilli z własnego ojca, a jego wyolbrzymione do granic możliwości ego sprawia, że żyje w alternatywnej rzeczywistości, w której własne chore zachcianki nie tylko górują nad wszystkim co dookoła, ale w jego umyśle mają swoje uzasadnienia, w które Eric Cartman święcie wierzy. Otyły rozwydrzony chłopczyk, który nie tyle ma zadatki na psychopatę, co już nim od dawna jest, stał się najbardziej niepokojącą  i rozpoznawalną postacią serii. Niepokojącą zwłaszcza dlatego, że pod płaszczykiem absurdu i czarnego humoru, jego postać ukazuje pewne, wcale nie czysto abstrakcyjne, mechanizmy samomanipulacji umysłu.

Przesłanie wulgarnej kreskówki
Być może przesadą byłoby  poszukiwanie nawiązań South Parku do egzystencjalizmu, ale przypomnijmy, że członkowie grupy Monthy Python, właśnie w tym nurcie filozoficznym zawarli swój swoisty manifest, według którego śmiech jest jedyną odpowiedzią na absurd i okrucieństwo świata. Częściowo jest to do pogodzenia z tym, co w zwłaszcza w ostatnich sezonach, robią twórcy South Parku. Bezpośrednio nawiązując do wydarzeń bieżących (a jest taka możliwość, ponieważ na ogół odcinki kręcone są do tygodnia przed emisją), uwypuklają nawet te najbardziej drażliwe problemy amerykańskiego społeczeństwa (np.: płyciznę intelektualną, destruktywny wpływ reklam, podwójne standardy, rasizm, inwigilację i manipulację), które w erze globalizacji zdają się już problemami całego Pierwszego Świata.

W pewien sposób podobnego „drugiego dna” można dopatrzeć się także w Rick and Morthy, Simpsonach a nawet w Family Guy, co rodzi hipotezę, że być może rola prześmiewczych animacji dla dorosłych uległa pewnej nobilitacji i że mogą one odgrywać, co tylko zabrzmi absurdalnie, absolutnie utylitarną i istotną misję  uświadamiania społeczeństwa.

„Member Chewbacca?”
Sezon dwudziesty South Parku podejmuje złożoną problematykę; od trollingu przez konflikt płci po nostalgię, jej wpływ na komercję i… wybór Donalda Trumpa  na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. W pierwszym odcinku zeszłorocznego sezonu pojawiły się „Memberberries” czyli żywa manifestacja idiomu „sour grapes”, który najprościej możemy rozumieć jako „zazdrość” tudzież „zawiść”, oraz nostalgii za rzekomo lepszą przeszłością. Wyglądają one jak kiść nieco pomarszczonych winogron z twarzami. Trzy z nich są wyraźnie bardziej pomarszczone od reszty, co może sugerować, że reprezentują starsze tęsknoty za tym, co już minęło. Wszystkie mają wysokie głosiki i raz po raz wykrzykują hasła odwołujące się do ikon popkultury (zwłaszcza w odniesieniu do „Gwiezdnych Wojen”). Na ich czele stoi dużo większa jagódka, która ma zdecydowanie niższy głos. To ona jest hersztem tych złowrogich stworzeń, które, oczywiście w serialu, stworzył sam J.J. Abrams – reżyser „Gwiezdnych Wojen”.

I faktycznie nie da się ukryć, że ostatnie dwie części „Star Wars” w dużej mierze opierają się na przywoływaniu nostalgii sprzed 20-30 lat. Te same schematy rozwiązań fabularnych, przywoływanie starych postaci czy cytowane wprost teksty ze Starej Trylogii – to wszystko, zwłaszcza w „Przebudzeniu Mocy”, jest celowym zabiegiem, żeby usatysfakcjonować starych fanów, dla których znane z dzieciństwa części 4-6, są jednymi ze składowych, tworzących mit idyllicznej przeszłości.

„Memberberries”, jak już zasugerowałem, miały swoją ciemną stronę. Działały uzależniająco i szybko się przemieszczały, dzięki czemu mogły stopniowo docierać do potencjalnych konsumentów i zarażać ich nostalgią. Oprócz wspominania fragmentów z sagi o rycerzach Jedi,  wzdychały do konserwatyzmu, Ronalda Reagana, a nawet do rasizmu. Wkrótce opanowały społeczność USA, która pod ich działaniem zafiksowała się na pogoni za sposobem, jakby tu  „make America great again” i w konsekwencji wybrała na swojego przywódcę postać łudząco przypominającą Donalda Trumpa.

Konstruowanie pamięci
Problem zupełnie nieracjonalnej idealizacji przeszłości widzimy także na własnym przykładzie. Często wspominając jakieś smaki dzieciństwa, wydają nam się one prawdziwym nektarem i ambrozją. Aż do momentu, gdy faktycznie zakupimy i spróbujemy tę gumę „Turbo” albo chipsy „Maczugi”. Żeby jak najbardziej obrazowo zająć się tym zjawiskiem, posłużę się przykładem PRLu, który wykorzystał także Daniel Passent, w jednym ze swoich felietonów dla „Polityki”.

Często dziwimy się, że starsi ludzie z rozrzewnieniem wspominają czasy komunizmu, choć sami przyznają, że stało się godzinami po podstawowe produkty, że stan wojenny, że wszystko było na kartki, że alkoholizm kwitł w najlepsze, i że jedyna podróż zagraniczna jaką odbył wtedy dziadek, to przymusowy udział w tłumieniu Praskiej Wiosny przez Układ Warszawski i wielogodzinne modlenie się w kabinie czołgu, żeby tylko nie kazali strzelać do Czechów. W tym momencie na scenę wkracza zjawisko zwane „optymistyczną tendencją pamięci”. Nie przypominamy sobie przeszłości w sposób wierny i niejako bezwiedny. Według psychologów i samej teorii pamięci, w rekonstruowaniu własnych przeżyć bierzemy czynny udział do tego stopnia, że właściwie poprawniej byłoby to nazwać „konstrukcją pamięci”. Pamięć osobista zależy w znacznym stopniu od potrzeby dodatniej samooceny, co skutkuje zacieraniem się negatywnych wspomnień i  budowaniem nowego, lepszego obrazu przeszłości, który potem nam się wizualizuje i utrwala w pozytywną, subiektywną wizję tego, co było. Niekoniecznie racjonalną.

Jeśli dodamy do tego bodźce zewnętrzne, stymulujące naszą wygodną projekcję alternatywnej przeszłości, bardzo łatwo jest dać się ponieść nierealnej, idyllicznej wizji i w konsekwencji nawet podejmować istotne życiowe decyzje (jak np. wybór przywódcy państwa), kierując się sentymentem do czegoś, co w takiej formie, jak wspominamy, nigdy nie istniało. Brzmi okropnie, ale nas to przecież nie dotyczy. Czyż nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *